— Powiedz to jemu — Hertenstein na wskazał Müllera.

Zdumienie radosne, uśmiech i uprzejme skinienie głową w jego stronę. Sięgnęła do najbliższego kosza kwiatów: wy­jąwszy jakąś białą różę, podała mu ją. — Za Łabędzia — rzekła. Müller spłonął w jednej chwili, bąknął coś, ukło­nił się i cofnął się czym prędzej na swoje miejsce, czując, że koło oczu znów mu coś drgać poczyna.

Ona zaś, kołysząc się dalej na fotelu, powróciła do swo­jej opowieści.

— Rozmawiał ze mną przez cały antrakt. Jest nadzwy­czaj ujmujący w swej na pół wojskowej manierze.

— Ach! Że też ty do takich rzeczy przywiązujesz tyle wagi!

Müller powiódł tymczasem okiem po stokach kwiatów naokół, po laurowych wieńcach i wstęgach czerwonych; — spojrzał na swój kwiat i głowę zwiesił. „Tyle tylko ze mnie, tyle z nas w tym wszystkim”.

— Kim jest tu u was baron Farnsberg? — usłyszał tymczasem.

— Bankierem — odparł, przypomniawszy sobie to na­zwisko.

— Nie wygląda... Bardzo dystyngowany. I wykwintny znawca sztuki... Ogromnie zachwycony pańskim Łabędziem... Łabędzia musiałam bisować dwukrotnie.

Müller skubał tylko w ręku swój blady kwiat.