— Ach, tak? — rzekł niedbale i poprawił swe roztargnienie natychmiast uprzejmym uśmiechem. A potem darł już tylko i prószył te blade różane płatki. „Tyle nas w tym wszystkim” — powtórzył w myślach.
Kołysała się przez chwilę na fotelu, a potem jakby zdziwiona ciszą lub może tym, że żaden wzrok na niej nie spoczywał, zatrzymała bieguny i rzuciła na obu czujne wejrzenie.
— Wiesz, Henryk — rzekła mimochodem — taka dziwna, prawie niepokojąca jest ta cisza u ciebie. Dlaczego ty tak daleko od miasta mieszkasz?
— Dla ciszy — rzekł spokojnie.
Zastanowiły ją poważne, prawie zimne ich twarze. W jakimś przegięciu czy w zamiarze powstania zaskoczyła ją nagle zaduma. Niecierpliwym ruchem dłoni strzepnęła ją sobie z czoła, skoczyła z fotela i zaszeleściła suknią.
— Zaśpiewam wam po prostu coś!... Nie słyszeliście przecie jeszcze, jak wasze rzeczy śpiewam. — To dziwne — zamyśliła się znowuż — jak wy wszyscy obojętni jesteście dla swoich... No, Henryk uważa, przypuśćmy, koncerty za rzecz szatańską, ale pan?
I już do fortepianu zasiadając, przerwała swe pytanie pasażem.
— Przepraszam cię? — przycichła natychmiast i pochyliła ucho.
— Nic ważnego. Chciałem ci tylko powiedzieć, że kwiatów żal. Po owoc może sięgać każdy.
— Nawet ja — dokończyła ostro, jakby zadraśnięta tymi słowami. — Kwiatów — dodała wnet potem, oglądając się po pokoju. — Boże, jakie ich mnóstwo jednak!... Kwiatów żal dlatego, że więdną; — że tak szybko nieraz więdną, Henryk. Im szlachetniejsze...