Dłonie jej, muskające klawisze, osunęły się z klawiatury, poprzeczne zmarszczki ściągnęły nagle czoło. Po chwili ocknęła się niespokojnie:
— Co to jest?!
— Wiatr.
— Boże, jaka tu cisza! Jak w grobie.
I znowuż zamilkła.
— Henryk?
— Słucham.
— Zasługuję na pochwałę! Już zaczynam zapominać o koncercie i o tym wszystkim. Już idzie smutek, wracają wspomnienia, czuję jakby zawód... (Dziwna rzecz, że po tych triumfach czuje się zawsze jakby zawód). Idzie pustka...
— I?
— Pojutrze dam drugi koncert. Na złość tobie. Ja żyć chcę!