I rzuciwszy dłonie na klawisze, przebiegła po nich z brawurą. Urwała, spróbowała następnie melodię, zmąciła ją pasażem i poprzez ramię obejrzała się na Müllera. Jemu serce zabiło przy pierwszych taktach tej melodii, a gdy jej głos usłyszał, zbladł i mimo woli dłonią po czole powiódł, jakby niechętnie poddając się tamtym wspomnieniom.

Bo zdawało mu się, że to dalekie rozlewne echo mło­dych wspomnień przynosi mu hen z bezkresnej dali jesien­nych odlotów całą głębią serdecznego żalu to wezwanie ostatnie:

Łabędziu mój, z tęsknoty mórz

Polotem twym daj Boży znak,

Ty, białych marzeń błędny ptak,

O, dolę, dolę moją wróż!...

Obejrzała się na niego. I nie myliła się. Głębokie, jakby żółtym płomieniem świecące oczy suchotnika wpijały się w nią chciwie i zazdrośnie, ssąc jakby z niej siłę, zdrowie, radość i dumę życia. Przykuwała ją do siebie, wtapiała się w oczy, obezwładniała niemal ta smukła, dziwnie blada, jakby zielonawo fosforyzująca twarz, niby maska śmierci przeczutej i jeszcze nieświadomej, ten złoty błysk wielkich oczu pod płową czupryną obfitych włosów. Nagle skłóciło się coś w tym spojrzeniu: wzrok musnął jej włosy, ślizgał się po szyi, pieścił biust odkryty, głaskał ramiona i, przepłoszony jej zamiarem powstania, przylgnął kornie do rąk.

Zerwał się i, chwytając gorączkowo kwiaty, rzucał je garściami pod jej nogi.

— Za to echo z młodości — szeptał. — Za tę se­kundę sztuki.

Uśmiech rozjaśnił jej twarz, zrazu otwarty i szczery, ale wnet smutkiem jakby owiany, na pół senny i rozmarzony, jak wówczas, gdy weszła do pokoju.