— Napisze pan co dla mnie?

— Tak! — krzyknął krótko.

Ale ten złoty połysk coraz to szerszych oczu zanie­pokoił ją bezwiednie. Powstała, zaszeleściła suknią i ten czarny prawie, pąsowy kwiat zerwała sobie spod biustu i rzuciła nań.

Nucąc jeszcze z cicha, przeginała się lekko w tył, gdy Müller zarzucał pelerynę na jej śnieżne ramiona.

A potem tuląc się pieściwie w te białe puchy koł­nierza:

— Dobranoc, Henryku — rzekła śpiewnie, a głos jej zafalował w podnieceniu.

Hertenstein stał w niszy okiennej i patrzał w noc cie­mną na dworze.

— Życzę ci snów tłumnych i gwarnych. Bądź szczę­śliwa nawet w snach.

Chart wybiegł za nią do dalszych pokojów, zawrócił jednak natychmiast i stanął na progu jakby zdumiony: oglą­dał się niespokojnie za odchodzącą, to znów na pana swego spozierał. Wreszcie szczeknął niecierpliwie, śmignął jak strzała w ciemne pokoje; tam się na posadzkach pośliznął i obalił w biegu, aby za chwilę znów się na progu ukazać. Spoglą­dając to na pana swego, to na Müllera, skamieniał w tym ruchu zdumienia; stał we drzwiach, na ciemnym tle wnętrza, jak biały posąg: wysmukły, giętki, czujny.