Zapatrzył się w ten kwiat. I zdawało mu się, że przy tej pąsowej, prawie czarnej, puszystej róży faluje jeszcze miękko jej pierś, to znów, że przy tym kwiecie bieleje jak śnieg ta biała duża dłoń, co mu tę różę w oczy rzuciła. Obejrzał się naokół i oczy wszędzie natrafiały na kwiaty. Czerwień, biel, fiolet i błękit snuły się i migotały mu w oczach jak barwne smugi. A na tle tej tęczowej przędzy wielkie, prawie czarne koła laurowych liści z czerwonymi szarfami. „Wielkiej artystce” — odczytywał po raz setny.
„ONA — sztuka” — myślał otumaniony duszną wonią tych kwiatów.
— Henryk! — zawołał nagle. — Jakeś ty mógł ją widzieć taką?...
Tamten powrócił powoli do stołu.
— Jakem ją mógł wówczas inaczej sobie przedstawiać niż ty teraz? Wówczas nie była igraszką życiowego wiru... Była na zamku, w ciszy i skupieniu tamtego świata. Zresztą każda rzecz kształt swój i imię, a więc i byt, zawdzięcza nam tylko. Każda rzecz jest wieloraką zależnie od chwili i od oczu, jakie na nią patrzą. Jak ją widziałem, taka być musiała; tym pewniej, im bardziej odmienna wydaje się tobie teraz.
Müller miał ochotę wzruszyć ramionami. Ściągnął wszakże tylko brwi i spojrzał nań ciekawie. „Aha!” — pomyślał.
— Tu pozostaje! — zawołał nagle Hertestein i zaśmiał się niespodzianie po raz pierwszy tego wieczora. — Słyszałeś?... Dwór, bankier, tłum... ONA — sztuka! Tak było zawsze na świecie! I tak pozostanie.
A tę pajęczynę z myśli zerwij — kończył, wyjmując mu z ręki kwiat.
I gestem dłoni uprzedzając jego protest, nakazywał milczenie czy też cierpliwość. Poszedł w głąb i powrócił niebawem ze starą księgą okutą w klamry stalowe.
— Słuchaj.