Wychodzę raz jeszcze i tym najbardziej u nas wzgardzonym, a moim najwierniejszym posyłam od ust całusa. Wszczęła się na górze gonitwa, tętent, tupanina: chłopczyska biją się i kopią nawzajem, a mnie przez dłoń w ucho wrzeszczą:
— Borowski!...
Gdybym którego z nich tuż przy sobie postawił, spojrzałby prawdopodobnie swą tłustą od potu twarzą i wyłupiastymi oczyma; gębę by wnet rozdziawił i ryknął mi w ucho me własne nazwisko. Potem by śliną i łzami chlupnął, nos rękawem utarł, dłonie do ust przyłożył i znowuż zahuczał:
— Borowski!...
Jeden z nich rzucił mi nawet z entuzjazmu podartą czapkę. Za tę hojność dostałby w domu cięgi, gdyby nie mój ojciec. Stary zwlókł się na scenę i znalazł dla siebie robotę: mógł coś dumnie precz odrzucić i w innych trochę okolicznościach przez nos zawołać: „Bydło, owce, kałduny!”.
— A co? — były pierwsze jego słowa do mnie. — Ten ruch mój, hę? Przydał się.
— Przydał.
— Bierz, ja nie bronię.
— Biorę z każdego człowieka, co mi potrzeba.
— Teek?