— Taak!... Nosem mi ojciec nie zaimponujesz, bo to starożytna maniera.
— Tą manierą tyś cały stworzony.
— Zupełnie niepotrzebnie w ogóle stworzony.
— Co ty, świnio, pleciesz?
— To, że za nic nie jestem wdzięczny, nawet za życie.
— Ojcu? — białka mu się przewracać zaczęły.
— Nieostrożny kochanek łatwo nim się staje. Do szacunku mały powód.
— Pies.
Tak rozmawiając, wychodzimy na ulicę. Naokół wszystko ocieka, pluska, chlapie; mokre bruki błyszczą od świateł i pogłębiają ponurą ulicę jak zmatowane lustra. Stary chce widocznie sprawę załagodzić.
— Jesteś podły — mówi — jak wilcze szczenię, ale talent masz olbrzymi.