— Wiem.

— I to, żeś podły?

— To przede wszystkim.

— Pysk masz tylko ruchliwy — łagodził i, roztworzyw­szy parasol, ujął mnie pod ramię.

— Pyskiem grasz, pyskiem szczekasz. Tobie należy nie­jedno wybaczyć... Chodź się czego napić. Wczoraj ci obie­całem. Jedną wdowę tylko... Żółty mecenas pożyczył.

— Ojciec aktorkami zaczyna handlować?

Stanął jak wryty.

— Czego ty mnie kopiesz? Za co ty staremu ojcu w gębę plujesz? Człowieku! Szczenię ty! Słuchaj: i ja mia­łem kiedyś taki, jak ty, talent... Przecież i ty chyba sam nie wierzysz w to, co mówisz. Dał — wziąłem. A czorci mnie do niego, czorci mnie do tych szmat! Tfu, ps... kr... kobiety!

Puściłem go.

— Idź, ojciec — mówię. — Na litość boską, idź... Idź, spij się jak dzika świnia, tłucz butelki, becz po knajpach, ale mnie zostaw. Zostaw mi tę resztę, ten ochłap człowieka we mnie.