Dostał widocznie swego uderzenia krwi do głowy, bo się zatoczył na chwilę. Potem w starczej, bezsilnej złości cisnął własny kapelusz o ziemię.
— Becz po knajpach? — powtórzył ochryple.
I choć jeszcze nic nie pił, schwycił jakiegoś przechodnia za piersi.
— Syn! — wołał, kurcząc się i celując we mnie długim palcem.
— Czegoś ty mi ją sprowadził? — mówię, następując wprost na niego. — Po co do tej budy przeklętej ciągniesz? Czemu mi moje życie ulicznikom na pastwę rzucasz?
Ludzie zaczynają się skupiać; ja wycofuję się i odchodzę.
— Syn! — huczy stary na ulicy, jak w tragedii Szekspira.
Biegnę kłusa i wpadam w bocznicę. Tu, nie czując się już na oczach ludzi, zwalniam kroku i czekam, gdyż awantury publiczne starego niepokoić mnie już zaczynają. Tam ucichło nagle; ludzie rozchodzą się ze śmiechem. Czyżby starego do dorożki już wsadzono?...
Gdy tak stoję w niepewności, wybiega zza węgła jakieś dziecko w chustce, przypada do mnie, tuli się do mego boku, jak pod skrzydła, i wyrzuca w jednym okrzyku:
— Władek, Władusiek, Władek mój!