Wziąłem to pisklę na ręce i zaniosłem do domu; prze­mokła bardzo.


Ojciec dał przed zbiegowiskiem drugie przedstawienie jubileuszowe. Wwikłał się przy tym w jakieś zajście z ofice­rem; dostał od niego po uchu, a na wygojenie kozę13. Gdy po dwóch miesiącach wyszedł, byłem już żonaty.

Pieniędzy brakło nam ustawicznie: pożyczki, handlarze, lombardy, nabieranie mecenasów... Ale czym to wszystko było dla mnie wobec szczęścia, jakiegom zaznawał14! Czułem taką radość, wiosnę, taką pełnię życia, że...

Grałem źle.

Szczegółów nie pamiętam. Wiem tylko, że źle było. Licho chciało w dodatku, że sztuka była cudzoziemska. Przy swojskiej obstałbym się na zdobytym stanowisku, a sztukę bym położył. Ta przeszła jednak przez granicę jako nowość repertuaru wiedeńskiego i z tą plombą dawaliśmy ją na scenę. Nieobecna a zagadkowa wielkość powaliła mnie twa­rzą na ziemię, wiedeńczyk wlazł na mnie obiema nogami. Nie nadaję się do sztuk obyczajowo-mieszczańskich, do „Familien-dramatu” — mówili dziennikarze. Ha, sfery w sztuce były może i mieszczańskie, ale familia stanowczo żydowska, jej dramat z dziennika, a obyczaje z kuchni. Takem się po­cieszał15, bom ogromnie potrzebował pociechy. Tak bardzo chciało się oddychać własnym szczęściem.

W chwili kiedy wszyscy na mnie powstawali, przyszła za kulisy żona, z wilgotnymi jeszcze oczyma, z niewygasłą na twarzy ciekawością i wypiekami na policzkach. Odciągnęła mnie na bok: miała coś bardzo ważnego do powiedzenia. Tam rzuciła mi się na szyję.

— Właduś mój kochany — wołała — jak ty ślicznie grasz!

I ja miałbym się martwić wobec tego? — Śmiałem się jak dziecko: śmiałem się z dziennikarzy, z dyrektora, z mło­dego błazna, którego na moją rolę już podsunięto; śmiałem się z całego świata. Ująłem ją w pół i jak dwoje dziecia­ków puściliśmy się w lansadach przez korytarz.

— Stop! — krzyczę, bośmy się zapędzili w jakieś ciemne przejście. — Zośka, ktoś idzie. Stop! Bo wpadniem16 w ra­miona starcowi. Mecenasy, jak szczury, żerują u nas po korytarzach.