Zośka w śmiech: upiła się naszą radością. W tejże chwili błyska światło; ojciec stoi: w cylindrze, w jasnej swej kurtce, z parasolem w jednej ręce, z zapałką w drugiej... Mnie krew uderza do głowy.

— Patrz, Zośka — silę się na wesołość — patrz, jak ojciec ducha Banka odstawia... Statystę gra na korytarzach.

Zośka śmieje się bez pamięci. Mnie wściekać już za­czyna to kabotyństwo wstrętne, to napędzanie grozy, jak dzieciom, płaskimi sztukami niańki. „I czego on chce ode mnie?...” Milczy, ani słówkiem się nie odezwie. „Poczekaj! ja cię rozruszam”.

— W knajpach odegrał już swój repertuar — mówię — teraz na melodramaty próbuje się w przejściach do garde­roby. Z parasolem w ręku próbuje odstawiać widmo sumie­nia — sumienia artysty.

Zośka zatacza się jak pijana. Kulisy i całe to życie te­atru, które widzi po raz pierwszy, odurza ją jak wino. A stary wciąż milczy. Zapałka gaśnie, czerwone zarzewie rzuca gro­źne refleksy na jego zmęczoną, gorzkim bólem wykrzywioną twarz. Czerwony węgiel opada i gaśnie. Stary stoi po ciemku i wciąż jeszcze milczy.

— Trzeba czym prędzej zapaść się w ziemię — mówię wesoło, a pięści ściskam ze złości. — Że zaś podłoga się nie rozstąpi, należy dla efektu uciekać co rychlej na prawo — do ustępu.

I dałby kto wiarę? — posłuchał.

— Nie, Władek! — woła Zośka, krztusząc się i za piersi chwytając. — Przecież to jest ogromnie zabawne... Ale ty brzydki jesteś. Nie należy drwić z ojca. I ty się upijasz... Odprowadź mię, bo się rozchoruję z tego śmiechu.

— Ty kwoko gdacząca! — odzywa się wreszcie stary ze swego stanowiska.

Wyrżnąłem pięścią w drzwi.