— Czy ty nie czujesz śmieszności, stary kabotynie?

— Ja ojciec jestem, a nie żaden „ty”! Ja artysta je­stem, a nie kabotyn!... Bodaj ci język za te bluźnierstwa usechł.

— Toć wyleźże choć z tej dziury.

Zośka ze śmiechu wpadła w nagły strach, w to instynktowne, wyłącznie kobiece przeczucie zbliżającego się nieszczęścia. Czepia się mnie i odciąga na bok.

— Ona ci już z serca krew pić zaczęła — huczy stary przez szparę we drzwiach — już ojcu urągasz, w twarz mu plujesz. Zapamiętajże sobie, zapamiętaj: „Oko, które się z ojca i matki naśmiewa, kruki u potomków wydłubią, a orlęta je rozniosą”.

— Nie, to oszaleć można! To w manierze na śmiesz­ność oślepłe, zgrzybiałe aktorstwo. On mi biblię stamtąd cytuje!

Skąd się u tego dziecka tyle sił wtedy wzięło? Gniotę jej ręce i zrywam je z siebie, a one, jak ssawki polipa, cze­piają się mnie co chwila na nowo i ciągną za sobą. Odrzu­ciłem ją wreszcie ku ścianie.

— Ty mi o żonie mojej milcz! — krzyczę i walę z ca­łych sił we drzwi.

— Ja cię krwią serca mego wykarmiłem — grzmi oj­ciec z gabinetu — mym życiem, mym talentem, wszystkimi władzami duszy; a ten polip to wszystko wyssie z ciebie... To nie kobieta, nie dusza, nie artystka, to zwyczajna suka, która pomioty rzucać chce.

Zośka wydała cienki, przeraźliwy pisk i uciekła. Rzuciłem się całym ciałem na drzwi.