— Chodź tu! — wołam.

— Do syna?... Bić chcesz?

— Będę bił bez pamięci...

— Będzieesz??... — powtórzył przeciągle.

I ucichł. Zośka łka gdzieś w drugim korytarzu. Ten płacz mąci mi myśli do reszty. Spostrzegam się po niewczasie, żem przed chwilą coś potwornego powiedział i zaczynam chłodnąć.

— Ojciec pijany — mówię.

Nie odpowiedział. Pijany — myślę — mniej przecie odpowiada za siebie niż szczekający pies. — Także porów­nanie! — szarpnąłem się natychmiast i miałem ochotę bić siebie po twarzy. Co za nowa nikczemność wstąpiła we mnie? Tego dawniej nie było, nie było! To ostatni dorobek życia, ostatni dar kobiety. Stary tylko w miłości ku mnie był psem chyba. To szlochanie kobiety z daleka takie miękkie myśli na mnie sprowadza.

— Zośka, milcz lub idź precz...

— Ojciec, otwórz — proszę przez dziurkę od klucza. — Nie zważaj, co ja plotę... Ojciec... Widzisz — jużeś się zwa­lił?... Otwórz: otrzeźwię i do domu zaprowadzę. Szampana zafunduję. Ojciec. No!... Słuchaj, co mówię... Szampitra... Ja cię po rękach będę całował... I czego ty się rzucasz jak szczupak?...

Ręce mi drżą: te głupie myśli tak potwornym niedołę­stwem skuwają ciało. Chcę drzwi wywalić, a klamki ruszyć nie mogę. Ani się nie podda...