Müller wcisnął obie ręce w kieszenie i patrzał na niego osłupiałym wzrokiem.

— Pojąłem! Bo nie przez ciała zetknięcie, nie przez krwi burze zapanowała ona nad duchem moim. Drogą wyobraźni wkroczyła klęską w życie me. I splotła się z każdą mą myślą, pragnieniem, czuciem wszelkim, wsiąkła w najtajniejsze głę­bie, wchłonęła się w całość ciała i ducha, legła widnokręgiem wokół świata mego. Przetopiła „ja” moje, wsiąkła w nie, zro­sła się z nim. A ja, nieświadomy, lata całe pracowałem nad tym, aby siebie zwielokrotnić, rozszerzyć, pogłębić, by wszystko, co poza nim, usunąć precz, sobą stać się dla siebie, człowieka w sobie zmóc — Bogiem stać się dla siebie. — I tak oto rozszerzałem, pogłębiałem, zwielokrotniałem tęsknotę moją: żądz mych klęskę Bogiem sobie uczyniłem...

Müller parsknął już tylko złym śmiechem, zerwał się i, depcząc kwiaty, rozrzucając na wszystkie strony ogarki od papierosów, chodził wielkimi krokami po pokoju. Gdy przystąpił doń, aby mu przerwać, Hertenstein schwycił go kle­szczowo za ramię. „Słuchaj!” — krzyknął i drżącymi rękoma przerzucał pośpiesznie kartki. Wreszcie znalazł: przypadł, przyległ do książki.

— „Wyklnij z ducha twego wszelkie myśli o »samym sobie«. One cień rzucają na twe najwyższe wzloty, na śnie­żne wyniosłości najczystszych chwil życia twego; są jako chmur okłęby, co ci słońce przysłaniają. Obojętnością i dumą zaskorupią-ć251 serce, rozdmuchają do potworności każdy dro­biazg twych upodobań i niechęci, rozwielmożnią żądz twych chciwe ogromy, troską czoło zryją, najsilniejszą wolę podko­pią i zniszczą. Jako młody pąk chłonie chciwie z nieczystych soków ziemi ten jad, co rozkład chorób i więdnienie czyni, tako twój duch wzrasta, krzepnie i tężeje myślą o »samym sobie«. Rozkład chorób i więdnienie jest w tobie. Patrz, jak w twych oczach kurczy się ziemia: jak maleje zasługa, nik­czemnieje cnota, jak karleje czyn. To samoprzeceniania żało­sne owoce! W ciele tkwiący pąk ducha twego, samopoczucie twe, karmiłeś złudą o »samym sobie« i jadem samoprzece­niania. Rozkład chorób i więdnienie jest w tobie. A naokół ciebie ludzkiej woli śmierć!!...”.

Pojąłem!

Müller podniósł się ciężko i oburącz twarz wycierał, jakby ciężar otumanienia spędzając daremnie z myśli.

— I cóżeś ty pojął?!...

— Że nie dość stłumić zmysłów wszelkie pożądania. Tę kunsztowną czarę marzeń, pragnień, doświadczeń, drgnień najczulszych, całej odrębności czucia i myślenia mego — należy strzaskać o pierwszy kamień przydrożny!... Spaliłem wszystko, co się z ducha mego spalić dało: wszystkie me ułamkowe utwory i kompozycje...

Müller z drugiego końca pokoju rzucił się wprost ku niemu. „Co ty...!?” — Lecz Hertenstein dokończył z niezmą­conym spokojem.

— Wyjąłem struny z fortepianu mego...