— Widzisz — zaczął znów po chwili i, uniósłszy teraz dopiero głowę, wskazywał gdzieś przed siebie ramieniem — tam po drugiej stronie zamku, w ocalałym jeszcze jodłowym lesie... Stoją tam drzewa dziwnie kurczowo powykręcane, pełne kłębiastych guzów, grubych narośli, na pół suche, spróchniałe i brodate. Tam dnie całe spędzałem, stąpając po głębokim dywanie zielonego aksamitu: takim szczelnym kobiercem pokrywał mech śliskie głazy podłoża. W tej cmentarnej głuszy drzemały tylko na gałęziach rude sowy, tak leniwe i harde, że gdym się zbliżał, puszyły tylko pióra na łbie i przewracały kołem te zielonawe, płonące białka na wpuklonej i w piersiach ukrytej twarzy. Węże oślizłymi pęczyskami oplatały wyważone z ziemi korzenie: po dwa, po sześć, w siebie lubieżnie wplątane i senne. Te płoszyły się za każdym moim krokiem i wszczynały naokół obrzydliwe gadzie szelesty wilgotnych grobów. — Czasami droga wiodła przez wykrot: w zawieruchę suchych konarów i gałęzi, w kłęby kurczowo sterczących korzeni powplątywały się całe pęki i warkocze rudych i siwych wiedźmowych włosów. Stąpiłeś nogą na pień: i wnet pień, konary i gałęzie prysły ci pod stopą, rzucając w górę dymne kłęby rudej, grzybiej kurzawy: — próchno!...
Takim był świat mój konający, takim duch mój młody.
I patrz! — Z tej piwnicznej ciemni wywiodła mnie myśl w bezkresną jasność śnieżnych szczytów. Wiedziałem drogę moją...
— I cóżeś ty wiedział? — pytał Müller czym prędzej, śledząc każde drgnienie na jego twarzy. A podbródek w splecione dłonie wciąż wtłaczał i chłodził nimi policzki.
— Wiedziałem, jak cierpienia wszystkie korzenie wyplenić można...
— No? — zgrzytnął Müller podejrzliwie.
— Prawą i głęboką myślą, rozwagą nad czterema prawdami najwyższej nauki.
I Hertenstein, w szczególnym skupieniu, obliczał na palcach, jakby bojąc się zmylić lub opuścić cokolwiek. Mówił przy tym sucho, twardo, jak rzecz po tysiąc razy powtarzaną w myślach:
— O bycie cierpienia,
o przyczynie jego trwania, to jest, o niemożebności zadowolenia swego „ja”,