o możliwości usunięcia cierpienia,
o drogach wiodących do tego.
Müller powstał powoli i prężył ramiona, chcąc tym fizycznym wysiłkiem spędzić jakieś odrętwienie z ciała i ducha.
— To jest gra na niemych klawiszach! — krzyknął wreszcie i sięgnął nerwowo po papierosa. — Tyś to wszystko wygrać był powinien: i twe wzloty, i twój upadek, i te namiętności, i ten bór wiedźmowy... To zresztą w muzyce tkwi: te ogromy nieogarniętych namiętności, ta bezdenna głąb tęsknot aż po istotę bólu, do absolutu duchowego życia... Tyś powinien był to wszystko wygrać, w dźwięk zamknąć, a nie w słowa, nie w myśli, bo się nimi jak w sieci uwikłasz... To jest gra na niemych klawiszach!
— Ty z boru nie wyjdziesz nigdy — mruknął Hertenstein.
A na dalsze jego słowa uśmiechał się tylko blado: zdawało się, że słyszy tylko dalekie echo jakiegoś wołania, o które nie dba. — Pochylał się miarowo, kołysał prawie i, mrużąc oczy, odliczał raz jeszcze na palcach, jakby na swój tylko użytek, sobie na powtórzenie:
— O bycie cierpienia,
o przyczynie jego trwania,
o możliwości usunięcia cierpienia,
o drogach wiodących do wyzwolenia się z jarzma cierpień.