Tego dnia obchodził mnie, jak wilk, podpatrywał, prze­glądał, wreszcie zaszedł mnie raz z tyłu i położył na książkę jakiś portret. „Masz legitymację!...”.

Z obrazu na stole uśmiechała się do mnie twarz młodej kobiety. Więc to znaczy: matka?... Jam dotychczas nic o niej nie wiedział... Nie, to była kobieta. Młoda... Piękna... Je­dna z tych, co, w kształty jeszcze nieobleczone, już w my­ślach mych żyły... I ten jej uśmiech dziwny. Powiedzieć chce coś. Uśmiecha się, a czuć, że chłodne, zimne słowo rzuci... I te usta miękkie. Te oczy, oczy żywe, mówiące.

A jednak: matka!

Powstałem szybko z miejsca i, onieśmielony, odstąpiłem na bok.

— Więc to ty mnie rodziłaś? — pytam z daleka. — Powiedz, kim byłaś?... Coś cierpiała? Wszak to ja jestem twym cierpieniem, ja!... Twym bólem w uśmiechu, twym pło­mieniem w oczach, twą zadumą na czole. Stary cię mój po­rzucił, czy też?... Biedna ty!... A jednak dumna...

Jak można, będąc matką, mieć takie oczy!

Matka...

Późno uczyć się muszę treści tego dźwięku. Późno przychodzisz, bardzo późno przychodzisz... I przestań się tak uśmiechać, bo ja chcę ciebie, matko, powitać...

Staremu portretu nie oddałem. Zawiesiłem go sobie pod krzyżem, nad łóżkiem. I przeżywałem ciężkie dni. Na wszyst­kie me myśli, smutki i marzenia, dawniej samotne, patrzała teraz ta twarz z uśmiechem wciąż dla mnie niezrozumiałym, z tak dziwnie niepokojącym uśmiechem.

Ocknął się jednak i we mnie ten potężny głos natury, wielki, ślepy nakaz, i rzucił mnie wreszcie przed nią na ko­lana. Spowiadałem się jej po nocach z tych wielkich pra­gnień obiecanego mi życia, co szerokim, tajemniczym roz­łogiem, przysłonięte tumanami marzenia, stoi oto przede mną i czeka. Chodź... A w myślach tych tuliłem się do jej obrazu.