— Potrzeba mi twej miękkiej dłoni, matko, twej dłoni na me czoło gorące. Twoich mi kolan potrzeba, abym na nie ciężką od rojeń głowę złożył. Wodzenia dłoni twej po włosach mi trzeba, aby w te rojenia spokój uczucia, spokój myśli wstąpił. Aby czynem się stały.
I stóp mi twoich potrzeba, abym się pokory uczył. Bo do czynu i pokory potrzeba.
Brak mi twej duszy matczynej, syna nadziejami tylko — już dumnej. Dla mej słabej woli twej mi dumy, matko, potrzeba. Mocny będę.
Brak mi serca twego, wszystkich mych uczuć prawego domu i czystego ogniska.
Czyś ty o tym nie wiedziała? Czy ci żadne nie mówiło przeczucie, jak ja ciebie bardzo kiedyś potrzebować będę? Czy ci przy śmierci żaden smutny anioł nie powiedział, że przy młodzieńczym zrywaniu pęt, przy pierwszych próbach lotu nie mieć matczynej ręki, matczynych kolan i stóp matczynych — że to jest zło wielkie. Że ja kiedyś przy olbrzymim pragnieniu życia mieć będę serce — takie żądne miłości — a takie puste.
Czyś nie przeczuła, że z twym synem stać się może rzecz straszna? Ja żyć, żyć, żyć chcę!!
...A tyś odeszła.
Kto mnie ochłodzi? Kto mnie ogrzeje? Kto wzmocni? Kto poprowadzi? Kto mnie pokory nauczy i krzyżem świętym pobłogosławi? Kto nauczy dumy? Kto w potrzebie miecz w dłoń poda i zawoła: „Bij! Bij, synu! A stąpaj mocno”.
Jam twego żywota płód szlachetny. I otom jest2 twą słabą dziewiczą wolą — słaby, twym dziewiczym marzeniem tak hojnie bogaty.
Kto mnie ogrzeje? Kto mnie poprowadzi?