I gasł.

Pozostawał jeden, dwa trupy, i otwierała się nagle prze­paść bólu i cierpień. Ale za dnia już zimna, już niema, zie­jąca tylko dusznym czadem zgniłych wyziewów. Odżyły już maszyny i zamarli ludzie. Po niebie snują się rude, ciężkie kłębiska dymów.

„Biedna Zochna!... Zochna!... Zochna!” — szeptało coś Kunickiemu, jakby w takt łagodnego plusku i miarowego szmeru. Tuż nad głową szumiały mu tak druty telegraficzne.

Przypomniały mu się te jej duże, smutne, łzami za­szklone oczy, gdy wczoraj na niego patrzała. Drobne białe ręce zatopiła we włosach, wsparła głowę na łokciach i nie spuszczała z niego oczów. „A ty — zdawała się pytać — ty, co tak poważnie mówisz, z takim poczuciem wyższości, i łagodnie, jak do dziecka, uśmiechasz się do mnie, czy ty umiesz kochać inaczej, lepiej, prawdziwiej?” I wryły mu się w pamięć te wielkie, smutne, jakby przestraszone oczy.

Na ciemne szosy wyroił się tymczasem tłum czarny i rozpłynął się strumieniami po drogach i ścieżkach. Ście­mniło się. Rdzawe światło przesiąkło kurzawę, zrudziały dymy fabryczne, zasuwała się mgła sina ciężko i powoli.

Ponad ziemią, naokół, wszczęły się jakieś migotania, i błyski i wraz z gwiazdami na niebie zapalały się wśród ciemnych budowli chłodne księżyce lamp elektrycznych. Zaroiło się wnet od świateł bladych i ostrych jak stal, czer­wonych i drgających jak krew świeża rozlana, zielonych jak liść wiosenny, wielkich i żółtych jak słoneczniki. I hen, gdzie tylko poprzez wzgórza oko w ciemności wybiegło, kołysały się ponad ziemią wśród szyn kolejowych wieńce, wstęgi i gir­landy tych płonących kwiatów zimnej nocy. Sczerniała przy nich ziemia i błyskiem lodu się pokryła, zbielały w tym bla­sku dymy fabryczne i stanęły nieruchome, jako białe obłoki.

Wciąż jeszcze podnieconej wyobraźni Kunickiego wy­dało się, że oto jeden z tych dymów przyjmuje zwiewny kształt ludzkiego cienia i wałęsa się wśród tych błędnych ogników. I pomyślał, że jej dusza po takim czyśćcu błąkać się kiedyś powinna, wciąż jeszcze nie chcąc wierzyć, że wszystkie te kwiaty, choć barwne, choć płoną, zimne są i bez woni.

Tuż za parkanem, gdzie wał wysoki, ryknął pod ziemią jakiś potwór, wybiegł z czarnej czeluści wzgórza, trysnął sno­pem iskier czerwonych, wydał świst ostry i potoczył się po nasypie. Pociąg biegł, kołatał, trząsł, migał smugą oświetlo­nych okien; raz jeszcze krzyknął nagle i wpadł w drugi tunel.

Szum głuchy po nim pozostał, jakiś pęd i rozmach w powietrzu.

— Jezus Maria! Jezus Maria, wrócić!