Borowski stał w ciemnym zmierzchu, jak krzyż mię­dzy mogiłami. Za odchodzącym pociągiem ręce mimo woli podniósł i okamieniał jakby w tym ruchu. „Jezus Maria, wrócić! Wró-ócić!...” już nie jęczał, lecz wył długo i prze­ciągle.

Kunicki słuchał tego monotonnego skomlenia z niemiłym uczuciem. Podrażniało go to biadanie uparte, nieskoń­czone, niby dziwaczne modły wschodniego muezzina. Teraz dopiero spostrzegł, że legła już noc.

— Panie Borowski — rzekł, dotykając jego ramienia.

— Wrócić na scenę! Wró-ócić!...

— Panie Borowski! — wołał, szarpiąc go za ramię. — Późno już. Noc. Kto słyszał, na cmentarzu!...

Powlókł się wreszcie za nim. Już dochodzili do bramy, gdy Borowski, obchodzący mogiły kołem, miedzami, potknął się o niskie, przyziemne sztachety nagrobka i runął na ziemię.

Porwał się sprężyście na nogi i obejrzał poza siebie.

— Ciemno — mruknął Kunicki, aby coś powiedzieć. — Stłukłeś się pan?

A on przyślizgnął się do niego cicho jak kot i podsu­nął mu swą twarz tuż, tuż pod oczy.

— Znowu! — szeptał, owiewając go ciepłym odde­chem. — Widziałeś?... Znowuż przewróciłem się przez mo­giłę. Trzecia będzie!