Kunicki chwycił go mocno za rękę i wyprowadził poza bramę.
Szli ciemną szosą pośród długich szop i okratowanych budowli fabrycznych. Tu i ówdzie przytrafiała się mała lampka żarowa przy murze. W czerwonym świetle ledwo tlejących drutów obserwował Kunicki jego wielką aktorską głowę o twardym czole byka, dziwnie miękkich, kobiecych prawie ustach i nieco mętnych, przepaścistych, zadumanych oczach.
— Trzecia! — mruczał ten od czasu do czasu, przeżuwając z grubym uporem wciąż jeszcze tę samą myśl.
— Milcz pan u diabła! — szarpnął się wreszcie Kunicki. — Zmora nocna!
— Bardzo żałujesz mej Zochny? — spytał, nie podnosząc oczu.
Kunicki nic nie odpowiedział. On zaś, jakby dla odpędzenia złych myśli, podjął machinalnie kamień z drogi i cisnął go przed siebie. Kamień wyrżnął gdzieś o bruki, odskoczył, znowu drogę skrzesał, skry rzucił i poszedł dalej jak po wodzie. Po dwóch zaledwie minutach przycichł dopiero grzechot, zgasła ostatnia iskra.
Kunickiemu zapadła jakby pierś w zadumie. Westchnął raz i drugi.
— Bardzo żałujesz mej Zochny? — usłyszał po raz drugi.
Szli dalej. Przed nimi rozesłała się na chmurach ruda i ciężka łuna wieczornego miasta.
Gdzieś na odległej ulicy wszczęło się jakieś głuche po nocy rojenie. Nagle zerwało się gwałtowne i ostre rechotanie świstawki, potem tętent przytłumiony, nawoływania, krzyki...