Obaj stanęli, ściskając odruchowo laski w dłoniach i próbując przejrzeć ciemności.
Lecz naokół znowuż cisza zaległa. Szumiały tylko druty na słupach i hen na krańcach bił młot nocnej walcowni.
Kunicki ruszył z miejsca. Borowski wciąż jeszcze stał i strzygł uszami. Teraz dopiero ocknął się jakby ze swego zapamiętania: twarz mu się rozjaśniła, oczy zabłysły.
— Znowu zbrodnia! — rzekł z uśmiechem.
— Cieszy to pana tak bardzo?
— Lubię miasto! — i pociągnął nosem jak wyżeł.
A nie otrzymawszy odpowiedzi, zawołał po kilku minutach:
— Nienawidzę miasta!
Kunicki rzucił niecierpliwie ramionami.
— Wie pan, co mi za myśl przyszła! — mówił Borowski po chwili. — Panu po prostu zazdrość tamtego, z opowiadań moich. Panu zazdrość, że tam życie takie bujne.