— A od czego to pochodzi! Apatia niby?
— Toż mówię!
Przeżuwał myśl jakąś uparcie, czoło chmurzył. Wreszcie:
— Boję się — rzekł cichym, szczerym głosem dobrego dziecka. — Boję się apatii!
I zadrżały mu wargi jak u wrażliwej kobiety.
— Siądźmy — rzekł nagle i, nie czekając odpowiedzi, cofnął się pod mur i osunął na jakąś ławę. Marszczył się, chmurzył, w oczach Kunickiego zapadał gdzieś myślą coraz głębiej.
— Widzisz, póki chodzę, mówię, nienawidzę — Boże, jak ja wszystkiego i wszystkich nienawidzę! — póty zapominam. Ale niech sam ze sobą zostanę, niech się położę.... Sen nie przychodzi... Więc niech mi teatr do myśli powróci, niech się coś ocknie, zbudzi, zerwie! A tu nie przychodzi nic, nic!... Rozumiesz ty — nic!...
I gwałtownym ruchem schwycił Kunickiego za rękę. Po chwili zatrząsł się całym ciałem. Zdjął kapelusz z głowy, grzbietem dłoni wycierał jakby zimny pot z czoła. Bladł widocznie, gdyż twarz jego stawała się po ciemku bardziej jasna i jakby fosforyzująca. Kunicki spoglądał nań uważnie i z pewnym niepokojem.
— Co panu?... Panie Borowski, na litość boską!...
— I z tej pustki wyłania mi się — zgroza, tylko zgroza! Nieludzka straszna groza wytrzeszcza na mnie zimne oczy: rzeczywi...! „Zośka!!” — krzyknę, jak szalony, zerwę się z łóżka i błędnie, omackiem trafiam tam do niej. I jak dąb podcięty walę się na jej białe ręce. „Zasłoń mi oczy, Zośka!” — Zasłania, rączynami twarz mi okrywa. „Nie bój się, nie bój się, Władek”. „Całuj, Zośka!” — Całuje. — „Zochna, Zochna, Zochna ty!!...”.