Z daleka jakby w zaczajonej ciszy ciemnego przedmie­ścia słyszeć się znów dały niecierpliwe, ostre sygnały świstawki, wołające nie wiadomo gdzie i nie wiadomo kogo na pomoc. Bo zresztą cisza była. Hen na krańcach bił tylko młot walcowni, a tuż ponad głową szumiały im obu druty telegraficzne:

Zoch-na... Zoch-na... Zoch-na...


Wreszcie zabłysły światła w oknach podmiejskiej ulicy. Kunicki zaprowadził Borowskiego do najbliższej robotniczej restauracji i, wmuszając w niego wodę, mówił coś o słabej woli, o rozhukanej wyobraźni, o potrzebie leczenia. Borowski odstawił szklankę wody na bok i odpowiadał mu powolnym, zmęczonym głosem.

— Pan osądza wszystko tak łatwo, prosto, higienicznie, że aż miło słuchać. Uspakaja to jak ciepłe okłady. Taki świat mały, a pan taki duży, duży. Taki świat chory, a pan taki zdrów, taki higienista... Duży, duży higienista!... A biedny chory światek skruszył się, zesechł, zblakł. — I pana nigdy nie straszy zmora rzeczywistości?

Kunicki uśmiechnął się ckliwo i niedbale.

— E, pan świat ma w kieszeni. On pana nie przestraszy.

— Jestem lekarzem, panie Borowski.

— Właśnie!... Absyntu, duszko — zwrócił się do kel­nerki, wciąż jeszcze tym smutnym, zmęczonym głosem.

— Ja proszę wody sodowej! — pośpieszył się Kunicki.