— Ba! — odrzucił się niedbale w tył.

— Zasługiwałaby na coś więcej niż na pańską miłość. Tymczasem...

— Jaką byś pan jej dał? Coby taki, jak pan, z niej uczy­nił? Szarej swej duszy wieczną samotnicę, dzieci swych mil­czącą niańkę, kariery swej czujnego psa. I czym pan taką potęgę, jak miłość, mierzysz? Paznokciem — zaśmiał się ner­wowo w kieliszek. — Paznokciową miarą mieszczańskiej so­lidności.

Kunicki cofnął się z niesmakiem.

— Chodźmy. To staje się zupełnie plugawe, ta opętana alkoholem monomania erotyczna. Pańska głowa wypowie­działa się w życiu dostatecznie. Dla niej nie ma na świecie nic innego prócz kobiety.

— Nie ma! — krzyknął, powaliwszy się piersią na stół, i schwycił Kunickiego za rękę. — Dla wielu, dla bardzo wielu ludzi nie ma nic na świecie, prócz ukochanej kobiety. Ona jest im wszystkim! Jest żarem czynów, cierniem wytchnienia, gwiazdą nadziei, słońcem wiary w siebie; a przede wszystkim jest, jak cnota, sama sobie celem i źródłem najwyższej na świecie rozkoszy.

— Dosyć! — krzyknął Kunicki zmęczonym głosem i, wywierając gniew na syfonie wody, odsunął go energicznie od siebie. — Dosyć!... I ciągle, i bez ustanku, i wiecznie tylko kobieta. Paneś mi je chyba na całe życie obmierził.

— Słabyś ty ze swą wodą sodową!... Czy suchy pająk medyczny i tego nie rozumie, że trzy czwarte życia koło niej się obraca, że dla milionów jest celem trosk jedynym — mi­lionom przyobiecana nawet poza grobem — życia i śmierci władczyni!...

A utkwiwszy swe mętne, przepaściste oczy gdzieś u pu­łapu, mruczał w szczególnym natchnieniu:

— ...na stopniach uświęconych ołtarzy! Pod błogosławiącymi ramiony19 białych kapłanów! Wśród kadzideł mirry! Or­ganów wysokiego grania i zawodzącego chóru tęsknoty do życia!...