— Pan musisz chyba iść jutro do jakiejś pracy. Nie?
— Muszę — potwierdził bezmyślnie.
Lecz w tejże chwili zaciął się, począł walić laską o mur i wołać uparcie:
— Nie muszę, ale chcę... Z własnej dobrej woli chcę... Dla własnej mojej Zochny chcę... I nie przez sentyment, jak się w pańskiej głowie śni. Dla jej włosów złotych z wojska uciekłem, dla jej jasnego czoła pieniędzy chcę. Nie pracy. Ja pluję na pracę. O — tfu!
Stał na trotuarze sztywno i tak się na stopach kołysał, że Kunicki bał się, iż lada chwila twarzą lub potylicą o bruk uderzy.
— Doktorze — mówił po niejakim czasie, starając się koniecznie objąć Kunickiego za szyję. — Dok-torze! Doktor jest nieszkodliwy pajączek, na bardzo drobne i chore muszki w uniwersytecie ułożony. Doktor ma angielski cynizm, jest sobie „matter of fact20”. Doktor zrobisz bajeczną karierę na higienie. Będziesz się cieszył szacunkiem u panów noszących flanelowe paski na brzuszkach — i u społeczeństwa... Będziesz niepokonanym autorytetem w kwestiach kataru kiszek, impotencji obowiązującej, piękna, dobra i ideałów społecznych... Doktor ma głupią teraz minkę. Daj mi buzi, doktor...
— Ja doktora chcę w pysk pocałować! — rozgniewał się nagle, chwycił brutalnie jego głowę i wycisnął mu na ustach twardy pocałunek. — Nie pluj doktor, bo...
— Bo ja doktora kocham — dokończył niespodzianie w łagodnym spadku. — Ja kocham doktora — powtórzył jakby po głębokim namyśle, miękko i rzewnie jak dziecko. — Ja tobie, słuchaj doktor, wyspowiadałem się jak histeryczka księdzu: z detalami... Ja tobie bramę do mego serca otworzyłem. A potem każę ci wleźć głębiej. Ja... O Jezusie Mario!... Weź mnie pod ramię i prowadź!... Czarnej kawy zafunduj... Nie — stój!... Czekaj.
I stali tak razem przez jakiś czas. Kunicki nie puszczał go, mimo wszystko, wiedząc, że lada chwila runąłby na ziemię.
— Och! — westchnął wreszcie Borowski. — Co też ja chciałem?... O czymże to ja?... Poczekaj, poczekaj!... O Zosi! Chcesz o Zochnie? — A czemu milczysz, szelmo, jak pień? Czemu nie gadasz, że chcesz o Zochnie?... Zochna ma takie ciało... I, nie szarp się, nie szarp!... Przecież ja czuję — nie wiem, ale czuję — że ty na to za mną się wałęsasz, na to mych spowiedzi słuchasz... Ty, szpiegu cudzej nikczemności, coś własnych uczuć nie wyszpiegował! Taki, jak ty, stać się może straszny, gdy zapomni o karierze.