Kunicki odtrącił go od siebie. Instynktem kierowany rzucił się Borowski między dwie kamienice. I tam rozwiał się ostatni przebłysk jego trzeźwości. Osłabł zupełnie, rozmawiał już sam ze sobą: opowiadał coś brukom miejskim o złotych włosach swej Zochny.
— Znasz ty — mówił, wyciągając w stronę Kunickiego bezwładne swe ramię z obwisłą dłonią — znasz tę polską bajkę o stratowanym przez świnię kwietniku? I tę francuską... Daudeta... Z mojego młyna — wykrzykiwał bezdźwięcznie, jak echo, a dłonią twarz tarł, coś koło szyi nią poprawiał.
— O tym... mózgu złotym? — wykrztusił wreszcie z trudem. Szarpnął i zdarł kołnierz.
Kunicki podbiegł i schwycił go za głowę.
— O... o... Boże mój wielki!... O tym mózgu złotym...
Po kilku minutach wytrzeźwiał nagle i niespodzianie, jak stary pijak. Nastawił kołnierz palta, zapiął się starannie i powoli, grubą laskę z ziemi zgarnął, kapelusz podniósł i głęboko na czoło nacisnął. Odchodząc, spoglądał twardo i pochmurnie. Kunicki wyczytał w tym spojrzeniu nienawiść. I nie zdziwiło go to wcale.
Rozeszli się i każdy poszedł w swoją stronę. Kunickiemu huczało w głowie jak w młynie. Wszystkie myśli tonęły w nieokreślonej, fizycznej wprost niechęci do tego człowieka. Miał do niego tę nieświadomą odrazę, jaką czuje chart do wilka, jamnik do lisa, ptak polny do kukułki: nienawidził w nim obcego, wrogiego sobie, drapieżnego gatunku.
Z wiru niejasnych wspomnień wypłynęła nagle jedna dziwaczna myśl.
„On teraz, w tejże chwili kamień podnosi, zamierza się... celuje...”.
Zwrócił gwałtownie i zbliżył się do niego.