— I na co pan czekasz? Czemu pan do domu nie idziesz?
Borowski wywijał laską.
— Chciałem jeszcze — zaczął niepewnym głosem.
Uśmiechnął się jakoś cierpko, dłoń wysunął i skurczył palce.
— Rubla masz?... To jest, właściwie — pożycz mi doktor markę.
— Pić pan będziesz?
— Bóg widzi, doktorze — coś zanadto dziś cięży. Nie udźwignę po trzeźwemu.
Kunicki począł się bać jak ognia tych chwil, gdy myśl, umęczona pracą, a nieprzykuta do mechanicznego zajęcia, ponosiła go w dziedzinę wspomnień. Bał się tych cichych, smutnych wieczorów przy bladym świetle lampy. Wówczas czuł, w duszy jego nurtować coś poczyna, jak w tych źródłach letnich, co, z głębokich warstw idąc, czasami się wzburzą i zapienią, świadcząc tylko, że tam gdzieś w głębi czyhają obce potężne siły. Oto na kartach książki, uporczywie trzymanej przed oczyma, rysują się jakieś bezładne obrazy, wyzierają z nich postacie zagadkowe i bolesne. Widzi dziewczynę zbiegłą od rodziców i wyczekującą w ulewie na to, by do nóg rzucić się łotrowi; bo ta najstraszniejsza krzywda, jaką wyrządzić można kobiecie, przykuwa niejedną na całe życie do nóg mężczyzny: położy się przed nim jak pies czujna i zazdrosna o jego miłość. I o ileż czystsza, większa, głębiami uczuć mocniejsza jest ta niewolnicza dusza od serca swego władcy! Lecz oto jej kat staje się jej całopalnej ofiary uświęconym kapłanem. Kunicki widział w tej chwili wielkiego aktora, dającego bezsłownej i niemej rozpaczy dziewczyny męski dźwięk buntu i zatrzymującego setkom ludzi oddech w piersiach.
Z kolei przypomniały mu się te rozluźnione w aktorstwie dusze: starzec, rzucający z ustępu Tobiaszowe przekleństwo i wieszający się w aktorskim szale, oraz dziedzic jego talentu i zgnilizny, który, w braku udzielania się w aktorstwie na zewnątrz, spala się w żarze własnych namiętności. W tym miękkim zapachu zmysłów, w odurzającej, lubieżnej woni, w gorących wyziewach alkoholu zniszczał i przepadł człowiek. Lecz oto, jak Feniks z popiołów, powstaje aktor i w braku nowych ofiar staje się kapłanem własnego całopalenia. Kunicki przypominał sobie, już nie z odrazą, lecz wprost ze strachem, te jego hymny na cześć miłości, te tęskne wycia do gnębiącego go potwora miasta.