Dalej odżyły mu w pamięci kłębiące się ogniem kominy fabryczne, głuche tajemnicze świstki na ciemnych przedmie­ściach, postacie ospałych i ciężkich jak młoty parowe robo­tników oraz gnuśnego lichwiarza, radykalizującego trywialnie opiłym głosem.

Piosnka anarchistycznej Carmagnoli21 ocknęła się nie wia­domo skąd w pamięci; na inne słowo, lecz tą samą melodią i taktem dokuczała uparcie myślom:

C’est la vie! La vie! La vie22!

A ciemny kąt w głębi pokoju dziwnie pociągał wzrok; tam stała niema, niby wyczuta obecność ludzka, szeroko otwartymi oczyma wpatrzona samotność.

Zgiełk uliczny tłumiła noc; od czasu do czasu zerwał się jeszcze gdzieś w dali i tonął w ciszy tak nagle, jak nie­spodzianie wybił się ponad nią. Ucho chwyta jakiś gwar po­mieszany, jakiś turkot głuchy, tętent pośpieszny; chwyta i łowi je na próżno: ucichły, utonęły gdzieś w ciemności i ci­szy. Uwagę zaniepokoją raptem ludzkie głosy: coś jakby okrzyk grozy, wołania o ratunek, tajemnicze hasła, przerzu­cane gdzieś w dali. Echo niesie z drugiej strony szczątek pi­janego śmiechu, skłóca, miesza te odgłosy, a wielka cisza wieczoru tłumi wszystkie pogwary.

Idzie ktoś po schodach: stąpa ciężko, powoli. „Jak wy­raźnie słychać dziś wszystko — dziwi się Kunicki. — Własne westchnienie wydaje się niemal jękiem”. Idzie: schody trzeszczą. Zatrzymuje się, dyszy ciężko. Waha się, czy za dzwonek pociągnąć. Niesie zło, czy dobro? Co przychodzi zwiastować?

Czekać każe na siebie. I niecierpliwi. Jezus Maria, jakże rozdrażnia!

Dzwonić prędzej!

Schody trzeszczą: ktoś wolnym starczym krokiem dra­pie się o piętro wyżej.

Kunickiemu coś piersi podnosi i stłacza znowu w west­chnieniu. A z ciemnego kąta pokoju patrzy, zda się, zimna, badawcza, zadumą smutna melancholia — jak ta na sztychu Dürera, co, globus, księgi i teleskop na bok odłożywszy, za­patrzyła się w skupieniu w duszę ludzką.