I gdy stokrotnym tłumem milczące pająki

Snują zabójcze sieci...

— przypomniało się Kunickiemu. „Skąd mi to nagle do głowy przyszło?” — dziwi się sam sobie. Szuka w myślach przy­czyny tego smutku, co ołowiem zaciężył mu na piersiach, i znajduje tylko jedną odpowiedź buntu: „Ja nie chcę, ja nie potrafię być sam ze sobą”. Instynkt zwraca mu myśli w stronę zajęć codziennych. I oto z kart książek medycznych, z ka­miennych szuflad szpitali, w które zaglądał zwykle z taką obojętnością, wyjrzały twarze żółte, zapadłe, suche, z okro­pnym strachem śmierci w rozszerzonych źrenicach. „Wesprzyj się na nas, wesprzyj! Wszak tą drogą, kosztem najmizerniej­szego kalectwa doszedłeś do poczucia twej wyższości, doro­biłeś się marsa poważnej zadumy”.

Tymczasem wiatr idzie ponad miastem: syczy z dala jak raca, lada chwila skłębi się, zburzy, w szyby zadzwoni, oknami zatrzęsie. Lecz oto syk ten ani w dal się nie ponosi, ani za­wierucha nie pęka: łamie się, tonie, grzęźnie wśród ciszy.

Na stole pali się świeca tylko, o ceglasty jej płomień tłuką się ćmy. Słuch Kunickiego zapada w tę pustkę i ciszę, czai się w półsennym odrętwieniu, czuwa niezmordowanie — i w tejże chwili wydaje mu się, że ktoś za nim stoi: czyjeś miękkie dłonie chłodzą mu czoło, ktoś się nad nim pochyla, owionęło go ciepłe tchnienie, słyszy własny swój oddech...

Zerwał się i zgasił świecę. Za chwilę szedł, a raczej biegł przed siebie, byle w tłum, byle między ludzi!

Niebawem znalazł się w parku. Ale i tu były pustki. Po długich alejach wałęsały się jakieś ciemne i gnuśne po­stacie, których cienie nawet miały w sobie coś podejrzanego. Zaś po ławkach, gdzie spojrzeć — znieruchomione23 w cieniu, w siebie wtulone i zaszeptane pary.

Kunicki poczuł nagle niewypowiedzianą odrazę do tych ludzi, do których tak gorączkowo garnął się przed chwilą. Osunął się na ławkę, nastawił kołnierz i zapadł we własne myśli. Od czasu do czasu nietoperz, zmyliwszy w górę drogę, spadał mu kulą przed twarz i zrywał się sprzed oczu jak czarny upiór. A ciężka głowa chyliła się coraz niżej w jakiś bezdenny, niewypowiedziany smutek.

Wyszumiały mu go wreszcie drzewa; tak niedawno czytał:...

Samotnyś. Błądzisz. W wyobraźni chorej