„A jednak: czemuś Ty, czemuś Ty odeszła?! — Wyżej bym latał, ptak młody. Z dłoni twej piłbym może nektar wieczności”.
Podpatrzył raz te dziwne nabożeństwa ojciec. Obraz zdjął ze ściany, spojrzał na mnie ostro i chmurnie. Wreszcie splunął i wyszedł.
W duszę mi tym napluł. Jezus Maria, myślałem, czyżbym ja dzisiaj był już potworny?
Dogoniłem starego i wczepiłem mu się oburącz w ramiona.
— Czy ty nie widzisz, ojciec, co się ze mną dzieje? Czy ty nie widzisz, żem ja się już ocknął z dzieciństwa? Że mnie życie lada chwila w swój wir porwie?
— Wściekłeś się? — pyta stary z flegmą3.
— Słuchaj, jeśli mnie życie w samym zaraniu gdzieś w kanały rzuci, ty będziesz temu winien. Bo, patrząc na mnie jak na dziecko, nie widzisz mnie wcale.
Spoważniał stary. Zapalił spokojnie papierosa, ujął mnie za rękę i zaciągnął przed fotel. Usiadł, kilka kłębów dymu wypuścił, a tę swoją twarz aktora: wielką, nagą i jak płótno na wietrze ruchliwą, ułożył w jakiś grymas powagi, który mi się nie podobał. Pod tym grymasem czaiła się ironia.
— Byłeś już? — pyta niby poważnie.
— Gdzie?