Szerokim ruchem ręki wskazał gdzieś na miasto, na ulicę.
Żachnąłem się.
— Bo przecież taka jest ta wasza pierwsza tragedia. Śmieszne smyki!
Wstał i ujął mnie za ucho.
— Chłopaczysko wyrósł jak byczek. Ale głupi! Ale niemrawy! — Skoro myśleć o sobie nie umie.
— Mnie nie tego potrzeba.
— Nie!? — huknął mi basem tuż nad samym uchem i skrzywił się z niesmakiem. — A czego ci trzeba?
Zamyśliłem się. Nie byłem przygotowany na to proste pytanie.
— Życia — rzekłem z wahaniem i po długim namyśle.
Stary rozkraczył nogi, wtłoczył ręce do kieszeni. Po chwili: