— Ja pana nie rozumiem wcale — rzekł nagle powa­żnie. — Zresztą, głowa mnie boli. Ha, ha! Nie — to ironia! — i znów śmiać się począł.

— To szkoda, bo ja pana znakomicie rozumiem.

— Ja boję się pana — boję się, jak czegoś zupełnie obcego. — Zresztą... nie, ja nie jestem pijany! — Zresztą, wierzę, iż pan wszystko wie. Mój panie, niech mi pan powie, co się ze mną stało ostatnimi czasy? Co za chmura stanęła nade mną?

— Czyś pan aby pewny, że to chmura? Czy to cza­sami nie słońce? A ten cień pod nogami, czy nie jest przy­padkiem cieniem własnej osoby?

— To jest wyrocznia delficka.

— Powiem dalej jak Pytia: jeśli w żabie serduszko wciśnie się uczucie wielkie, runie obiecująca kariera.

— Pan mnie chyba nie posądzasz? — Kunicki zakrył grymas czy też uśmiech łykiem wina.

— Posądzam, i to bardzo! My wszyscy tak intensyw­nie dzisiaj kochamy! Wie coś o tym Lili i towarzyszki, te skarbonki naszych uczuć.

Kunicki zerwał się z miejsca, ale usiadł natychmiast. Ciężką głowę wsparł już nie na łokciu, lecz czołem na stole. Próbował się roześmiać w obrus i nagle rozpłakał się cicho, rzewnie jak dziecko.

— Nie — mówił potem, ocierając łzy kułakiem — po coś pan we mnie wmawiał wino?... Takie tęgie wino? Ja mam słabą głowę... Po coś pan ze mnie zrobił sobie małpę?...