— Miłość — tłumaczył dalej Jelsky — miłość, co słońce wesela winna zapalać nad głową, rzuca takim ludziom tylko cień goryczy, obrzydzenia i wstrętu na jałową codzienność. — Hę, jakaż to znana nuta.... Gdyby najada, zbudziwszy się gdzieś w górskim uroczysku, huknęła „kocham!” — echo z dolin ludzkich przyniosłoby jej wołanie: „jałowość, nuda, gorycz!”. Gdyby Prometeusz skruszył górę i grzmotem obwieścił ziemi: „Bracia, zerwałem kajdany, po nowy idę dla was ogień” — echo odpowiedziałoby: „gorycz, obrzydzenie, wstręt!”.
Jelsky napił się wina, otarł usta serwetą, odstawił talerz i gestem nakazał przynieść sobie następną potrawę. Kunicki powtarzał w myślach: „miłość”, „najada”, „Prometeusz”, „kajdany”, „płomień”, powtarzał przy tym mimo woli z tym samym smakowitym akcentem, z jakim wygłoszone były te słowa. I wytrzeszczał już tylko oczy na Jelsky’ego. A potem znowu pociągnął z kieliszka.
Jelsky zaś prawił.
— Spojrzyj pan, ile tej goryczy, ile śliny i jadu na wszystkim, czego się dotknąć, na co spojrzeć... (prosit31, prosit!... pij pan śmiało!)... do czego przywiązać by się chciało. Od takich właśnie ludzi ta ślina, ten jad ropuszy pochodzi. W żabich serduszkach nie zmieściło się umiłowanie społeczne.
— „Umiłowanie społeczne”!?... Pan żartuje?
— Mówię, umiłowanie społeczne nie mieści się dziś w marnych, skarlałych sercach. Zaledwie wciśnie się w nie doktryna. I oni, oni to właśnie każą nam wierzyć w ideały.
— „W ideały”!?...
— Niewątpliwie! Przy każdym rozdrożu stoi taki właśnie drab z maczugą w ręku i woła: „Idź tą drogą — a nie to po pysku”!... Czyż to nie ironia życia?
— Ironia?... Ha, ha! — Tak, tak — to wszystko racja, co pan mówisz. Ja to czuję. Ha, ha! Ironia! Ironia! — Paneś mnie zaraził32 apetytem. Zjem chyba kolację i wzniosę się na wyżyny filozofii spokoju... Nie, po coś mi pan wmawiał to wino?... Ha, ha! — Ironia...
Kunicki po jednym kieliszku poczuł już obezwładnienie w członkach. Ciężką głowę wsparł na łokciu i zapatrzył się na Jelsky’ego.