— Wiosna — westchnął melancholijnie Jelsky, zakła­dając serwetkę za kamizelkę.

Podaną sobie dłoń zatrzymał jednak w ręku.

— My wszyscy tak intensywnie odczuwamy dziś wio­snę! Wiedzą coś o tym restauratorzy miejscy. Jest to naj­stosowniejsza pora, aby pić.

Siłą niemal posadził go przy stole i nalał mu kieliszek wina. Kunickiego rozbrajał zupełnie ten jego spokój.

— Ja nie jestem przyzwyczajony... Chociażby dlatego.

— Głupstwo! — Jelsky zabrał się ze smakiem do kolacji — Pan nie pijasz — wywodził przy tym — ponieważ to wytwarza podobno rozszerzenie serca, nazywacie to cor bovis. Ale wierz mi pan... — (Jelsky, nie znalazłszy czegoś przy nakryciu zadzwonił w talerz) — ...wierz mi pan, stokroć gorzej nie pijać, nie szaleć, nie umieć stawiać życia na jedną kartę i wołać „va banque29!” To wytwarza z czasem cor ranae, serce żaby...

Kunicki patrzał ze zdumieniem na jego krzętny apetyt w tej chwili.

— „Szaleć”? „Na kartę”?... Pan chyba miał Speisekarte30 na myśli.

— Oho — skrzywił się Jelsky. — Ja nie wrzeszczę i nie szarpię włosów jak pan, tylko rozumuję. A to nie prze­szkadza mi jeść... Z takim sercem żaby gorzej żyje się na świecie — żadne uczucie już się w nim nie zmieści.

— „Uczucie”?! — powtórzył Kunicki jak wprzódy. Wzruszył ramionami i bezwiednie zupełnie, jak w złości, pod­niósł kieliszek do ust.