— Im bardziej szare jest czyjeś życie, tym większa śmieszność w takim zakończeniu.
Kunicki gryzł i szarpał w zębach munsztuk od papierosa.
— Szare życie, szare życie — bąkał. — Szary, przeciętny, nieomal zbyteczny! — wybuchnął w nagłym rozdrażnieniu. A ręka mu się trzęsła, gdy ją do papierosa podnosił.
Jelsky teraz dopiero podniósł głowę. Twarz wyciągnęła mu się wyrazem zdziwienia.
— Panie — wołał tymczasem Kunicki — dzisiaj ci szarzy ludzie zanadto uświadamiają sobie życie na samym już wstępie. Znają nie tylko maksimum tego, co osiągnąć mogą, ale i to całe morze małych fałszów, lichych komedii, mizernych podstępów, aprobowanych podłości, jakie przepłynąć muszą. Cel ich niezbyt pociąga, a droga nazbyt odraża. I to jest tragedią szarych ludzi.
— No — „tragedią”! — skrzywił się Jelsky.
— I pan chcesz im odebrać jeszcze wiarę w obowiązki społeczne, w ideały. Trzeba im te zostawić, chociażby...
— Chociaż dopóty, dopóki im skóra nie stwardnieje. Potem cisną tę tarczę sami, na głowy młodszych. I to z rozmachem wielkim. Hę?
Kunicki wpadł już w pasję.
— Więc czymże, czym nam się bronić przeciw temu smokowi wszystkich improduktywów, co na mnie nałazi i ziewa mi w twarz smutkiem życia, nudą, pustką... O tak, pustką! Zresztą, nie! Ja ciągle jeszcze nie o tym mówię, co mi dolega. Mnie dławi, oczadza, dusi po prostu niesmak, obrzydzenie i wstręt do wszystkiego! — krzyknął niecierpliwie, zerwał się i schwycił za kapelusz.