— Ależ się pan objuczył pryncypiami. Prędzej czy pó­źniej taki pociąg towarowy wykoleić się przecie musi. Nie pijasz pan? Tym bardziej należy pamiętać, że tam oto siedzi Lili i nudzi się nad Graphic’iem.

— Pozostawiam ją panu.

— Dziękuję za dziś — odwzajemnię się jutro. Poza tym, o ile pana interesują problemy życiowe... — (Jelsky wciąż oglądał swe paznokcie) — ...poza tym, lekarz, na przykład, może leczyć uczciwie, ile że nie ma powodów, dla których czło­wiek inteligentny miałby coś robić niesumiennie. Dalej, mo­żna czytywać książeczki nie jako katechizmy komunistyczne, lecz jako mowę nowego umysłu i nowej duszy, z którymi w kawiarni nie zawsze spotkać się możemy. Na koniec można rozglądać się po świecie, co bywa ostatecznie najzabaw­niejsze.

— I to wszystko?

— Można jeszcze...

— Zajść do kawiarni — zaśmiał się nerwowo Kuni­cki. — Oto do czego sprowadziła się u was zagadka życia.

Jelsky zajął się tymczasem przeglądaniem jadłospisu.

— Można jeszcze... — powtórzył.

— No?

— W łeb sobie strzelić, o ile ktoś kwestię swego przyjścia na świat wziął zbyt poważnie. — Nie podnosząc głowy, wywrócił ku Kunickiemu białka oczu, uśmiechnął się kwaśno i dodał: