Kto pisze do prezydenta, kto się doń zwraca, ten może być pewny szybkiej odpowiedzi a, co więcej, najprzychylniejszego rozpatrzenia dezyderatów.
Też same zasady wyznaje każdy amerykański urzędnik, tej samej reguły trzyma się zarówno gubernator stanu, jak i maluczki kancelista biura podatkowego. Nie ma mitręgi, nie ma bałamuctwa, ani marek pocztowych, ani marek stemplowych, ani wyjątkowej łaskawości, ani dowodu nadzwyczajnego wychowania, lecz obowiązek, lecz poczucie organizacji.
W silniejszym jeszcze stopniu każda instytucja państwowa, naukowa czy społeczna mają we krwi swej wszczepione zrozumienie potrzeby służenia pomocą każdemu obywatelowi.
Wyobraźmy sobie tego rodzaju instytucję jak jakowyś Centralny Urząd Statystyczny, jakoweś astronomiczno-fizjograficzne stacje lub wreszcie całe gmachy rolnych, handlowych, prawnych czyli148 przemysłowych pełne zagadnień.
Czynią, zabiegają jako i wszędy, ale równocześnie i czynią, i zabiegają jeszcze inaczej.
W stanie Luizjana, niedaleko miasta Baton Rouge, proponują komuś nabycie bardzo pięknej własności. Ów ktoś mieszka, przypuśćmy, niedaleko San Diego w Kalifornii. O Luizjanie pojęcia nie ma.
Jakże sobie radzi?
Pisze wprost do Waszyngtonu do odnośnych biur. I biura te, choć pochłonięte własną pracą, dostarczają mu natychmiast najskrupulatniejszych danych dotyczących wartości gleby, tej jemu proponowanej, produktów nadających się do uprawy, opadów atmosferycznych, komunikacji, najbliższych rynków zbytu, słowem, człeka nieznanego obdarzą przemożnym materiałem informacyjnym, przestrzegą, uchronią od niejednego zawodu.
Inny człek pracuje naukowo. Stara się wyczerpać ogłoszone już drukiem prace z danego zakresu wiedzy, ale ma wątpliwości. Ogarnął najbliższe biblioteki, najbliższe źródła, lecz tysiące mil dzieli go od tych najbogatszych krynic, jak na przykład słynna Biblioteka Kongresu w Waszyngtonie lub Biblioteka Publiczna w Nowym Jorku.
Jakże uczynić?