Twórczy rdzeń organizacyjnych szkieletów
Najpotężniejszą bodaj dźwignią bytowania amerykańskiego jest sztuka organizacji, jest niespotykana nigdzie zdolność do ujmowania byle odruchu życia w karby pewnego zmechanizowanego ładu. A znamieniem tej potężnej dźwigni jest sprawność, jest sprężystość i jest to, co obywatel Ziemi Washingtona nazywa „emergency”, a co jest jakby równoczesnym napięciem strun mózgowych i natężeniem muskułów.
Organizacja pracuje, dociera do najbłahszych, najdrobniejszych szczegółów — „emergency” działa w ukryciu, oka nie zmruży, na sekundę nie spocznie, szukając, kędy147 organizację ulepszyć, kędy ją wzmocnić, kędy uprościć.
Amerykanin szybciej ogarnął, że nie tylko struktura państwowa, nie tylko kontury społeczności muszą opierać się na organizacyjnych szkieletach, być niejako cieniem ładu i harmonii wszechświata — aleć i każdy ludzki wysiłek, każdy zamysł winien mieć swój własny kościec — stąd bowiem zysk powszechny, stąd ułatwienie, oszczędzenie trudu, umniejszenie krwawego potu, przysporzenie drogiego czasu.
Ale ten szkielet, ten kościec organizacyjny nie może być martwy, musi posiadać rdzeń, twórczy miąższ, musi być przejęty włóknami nerwów, aby czuć, aby rozumieć, aby wnikać w najmniejszą komóreczkę życia zbiorowego.
Jakoż od prezydenta Stanów Zjednoczonych począwszy do ostatniego pariasa obywatelskiego, każdy rozumie wartość organizacji, każdy się do niej garnie, każdy ją wyznaje.
Tysiąc listów do głowy państwa co dzień, co godzina prawie, i co dzień, co godzina tysiąc rusza odpowiedzi za podpisem Cooligde’a czy Hoovera.
Żadnych ceremoniałów, żadnej chińszczyzny.
„Mój Drogi Panie Prezydencie!” — pisze sobie jakiś farmer spod Dallas i podpisuje się na dole „yours trully”, czyli „pański szczery”, a więc tak, jakby pisał do mało znanego kumotra lub do dostawcy smarów do sieczkarni. I co więcej, farmer „klaruje” pierwszemu dygnitarzowi jakąś sprawę, którą sam nie bardzo rozumie. List wyprawił, list doszedł, a więc odpowiedź musi nastąpić natychmiast...
Imć pan Hoover ani czasu nie ma zadość na odczytywanie korespondencji, na wysłuchiwanie nadsyłanych mu telegramów. Do tego jest biuro, do tego są pełnomocnicy mający prawo podpisywania listów imieniem i nazwiskiem prezydenta, do tego są referenci, aby z worków bibuły dobywać kwestie ważne, doniosłe, wymagające już bezpośredniej uwagi pierwszego dostojnika.