Wszystkie dochody kolegiów i uniwersytetów amerykańskich (ostatni rok sprawozdawczy 1927–28) tworzą 547 milionów dolarów — około pięciu miliardów złotych rocznie!
Z tych 547 milionów opłaty studenckie wynoszą 178 milionów — kasy stanowe i kasy miejskie wykładają 115 milionów dolarów — rząd federalny wydatkuje 17 milionów dolarów — procenty od kapitałów przynoszą uczelniom 58 milionów — różne dochody 64 miliony — brakującą sumę 115 milionów dolarów otrzymują uniwersytety i kolegia amerykańskie w formie ofiar od poczciwych obywateli...
Sto piętnaście milionów dolarów rocznie, czyli przeszło jeden miliard złotych rocznie dobroczyńcy amerykańscy składają dobrowolnie na ołtarzu wyższego wykształcenia!...
I wyższe wykształcenie amerykańskie rwie naprzód z zawrotnym pędem.
Europejski sarkazm bez trudu wykrywa w olbrzymich bibliotekach uniwersytetów amerykańskich wyróżowane panienki czytające romansidła.
Europejski sarkazm podrwiwa sobie mocno z dziecinady amerykańskiej, z tego niewolenia młodzieży do pisania „short stories”, do pisania nowel przy wbijaniu jej w głowę znakomitych przepisów na tworzenie arcydzieł...
Europejski sarkazm zadość się rozpisuje o tych świątyniach bez bóstwa, o tych pałacach wiedzy rozbrzmiewających zawodzeniem „jazz bandu”, o tych przybytkach nauki, które są jeszcze tylko gmachami, murami czy marmurami, ale jeszcze nie kwiatem żywego ducha ludzkiego.
Aleć ten sarkazm europejski jest już sarkazmem zbiedniałego rycerza o rdzewiejącym herbie, toć jest może już i zawiścią, i uczuciem bezsilności tych zasłużonych zasługami wielkiej przeszłości, a dzisiaj przeważnie na chudopacholstwo wydanych, znakomitych europejskich uczelni.
Ameryka idzie naprzód, tak śmiało, tak zawrotnie, że bodaj niedalekie już czasy, kiedy jako dawniej imć pan Kochanowski do Padwy, do Sorbony paryskiej się napierał — tako młodzieniec ambitny, a gorący będzie roił o politechnice w Bostonie, o uniwersytecie w Kalifornii, o chemii w Columbus, Ohio, o medycynie u John Hopkinsa w Baltimore.
Niedalekie już czasy.