A gdzie reszta? Student jest krom144 tego posługaczem w restauracji albo zmywaczem naczyń, za co otrzymuje bezpłatnie resztki z obiadu i kolacji, żywi się. W hotelu pobliskim ma nocną służbę przy telefonie. Jest niezłym skrzypkiem, gra w orkiestrze. Zamiata, szoruje, idzie do pralni za pracza, lata na reporterkę dla gazety, sprzedaje gazety, zbiera prenumeratę. Wreszcie ma zapasik z tych upragnionych wakacji trzymiesięcznych, wreszcie ma pomoc z domu.

Ciężki uniwersytet, ciężka szkoła życia, ale z tej szkoły amerykańska młodzież uniwersytecka wychodzi lepiej uzbrojona od europejskiej, lepiej zahartowana. Słabszą ma niezawodnie wyobraźnię. Mniej jest wrażliwa na psychologiczne skurcze, mniej ateńska, ale społecznie jest zdrowsza, pogodniejsza, może nie lepsza, lecz mniej skomplikowana, zaprawiona do karności, więc posiadająca wszystkie zalety do dobrego dowodzenia.

Przy tych wszystkich pozornych utrudnieniach, przy tych olbrzymich kosztach, Ameryka posiada i w tym kierunku, w małym stopniu gdzie indziej znane, cnoty.

Druty kolczaste, żądania, obostrzenia, wysokie opłaty, ale równocześnie drzwi stojące otworem. Ucz się, kształć się.

Kursów bezliku! Dla starych, dla młodych, dla głuptasków, dla magistrów, bodaj dla doktorów filozofii. Czy komuś się przywidziało kury hodować, czy tkackie zakładać warsztaty, czy ktoś dopiero w Chrystusowych latach145 uczuł głód wiedzy, dla tego otworem wszystko.

Oto kurs jedwabnictwa, kurs pszczelarstwa — poezja, artyzm, sztuka, pchnięta na szczyty — oto kursy korespondencyjne, idące do zabitych deskami kątów, listami otwierające mózgi. I ciągle ułatwienia, i zawsze ułatwienia, i w sumie taż sama wielkowartość naukowa.

A przy tej wielkowartości żadnych przesądów. Oto jeden z tysiąca przykładów, tym jedynie ważniejszy, że datujący z czerwca roku 1931.

A więc prezydent (rektor) uniwersytetu stanowego w Missouri, więc uniwersytetu nawet „rządowego”, znany dobrze uczony Walter Williams, przy rozdawaniu uroczystym ośmiuset trzydziestu dziewięciu stopni naukowych, przypomniał panom studentom, że on sam żadnego stopnia naukowego nie posiada, że jako trzynastoletni chłopiec opuścił był146 szkołę elementarną, zaciągnął się był do pracy w drukarni i doszedł powoli jako samouk do rektorskiego stolca. Walter Williams ma dzisiaj siedem tysięcy studentów, ma fakultet złożony z trzystu siedemdziesięciu pięciu profesorów i jest twórcą i organizatorem pierwszego na świecie fakultetu dziennikarskiego... Taki człowiek bez żadnych praw.

Jeżeli jutro zjawi się taki sam Walter Williams, to i jutro, choć bez praw, w amerykańską togę rektora uniwersytetu spowić się może.

Bardzo ciekawym przyczynkiem do dobrego zrozumienia rozwoju i bytowania wyższych zakładów naukowych w Stanach Zjednoczonych są wykazy źródeł, z jakich te zakłady czerpią swe fundusze.