Nadeszły w szkole średniej amerykańskiej wakacje, wakacje prawie trzymiesięczne, w europejskim rozumieniu, upragniony, wyglądany okres wytchnienia...

Wakacje! — Więc letnie mieszkania, wycieczki, może włóczęga po jakimś Podkarpaciu, może trzymiesięczne próżniactwo, może wyjazd na wieś, na przyjemne kondycje, może dolce far niente140?

Nie. — Dla dziewięćdziesięciu dziewięciu procent młodzieży płci obojga te wielkie trzymiesięczne wakacje amerykańskie są tylko trzema miesiącami natężonej pracy zarobkowej.

Piętnastoletni chłopiec szuka zajęcia, musi zarobić. Ojciec ma zadość, lecz on chce mieć własne pieniądze. Idzie na posyłki, szuka zarobkowania w uzdrowiskach, w jakichś letnich restauracjach, szuka zastępstwa w biurze, idzie do kopalni na płuczkarza, ima141 się kilofa, zaprzęga się na palacza do stalowni. Najcięższej się pracy nie ulęknie.

Syn adwokata w małym miasteczku, osobistości, promieniującej na swe otoczenie, czasu wakacji wdziewa obrzędowe amerykańskie majteczki z przyszytą do nich kamizelką... Nie wstydzi się malować rudery choćby należącej do ostatniego z dryblasów. On, syn promieniującego na całe miasteczko, jaśnie wielmożnego pana mecenasa... Po „fajerancie” ubiera się w „toxido” (po polsku: smoking) i jedzie na spacer w rodzicowym cadillacu.

Czy pan mecenas odmawia synowi jakichś kieszonkowych pieniędzy, żałuje na ekspensy142? Bynajmniej. I młodzieniec, i panna chcą mieć własne pieniądze nawet wówczas, kiedy mogą je dostać od rodziców bez żadnego wysiłku. Mówi się tutaj dopiero o szkole średniej amerykańskiej, mówi się tutaj o młodzieży zasobnej, a cóż dopiero uniwersytet, cóż dopiero młodzież uboga.

Na udry trzeba iść z przeciwnościami.

System szkolny amerykański, choć dla Europejczyka tak niedalekonośny, tak praktycznie przecież zbudowany, że wyklucza nawet korepetytorstwo, że młodzież uniwersytecką zmusza do sięgania twardych zawodów, imania się gołymi rękoma najcięższych w walce o byt narzędzi.

Dolar łatwo młodzieży amerykańskiej nie przychodzi. Dolar nie pobłaża, nie romansuje.

Oto dom rezydencyjny. Centralne ogrzewanie, w zimie ciężkie z paleniskiem turbacje. Jak sobie poradzić? — Trzeba chłopa do pomocy. — Woła się więc studenta uniwersytetu i daje mu się dziesięć dolarów na miesiąc. Za te dziesięć dolarów student obowiązany jest stawić się co najmniej o szóstej rano przed paleniskiem, oczyścić je, wynieść popiół, ogień rozżarzyć, węgla nasypać i przejąć całe domostwo umiarkowaną temperaturą. I tenże sam student musi jeszcze opatrzeć palenisko dwa razy w ciągu dnia i raz jeszcze przed północą, czyli zrobić niekiedy dwadzieścia kilometrów dziennie od paleniska do paleniska i mieć za to dziesięć dolarów miesięcznie przez sześć miesięcy, a więc raptem dolarów sześćdziesiąt, które nie wystarczają w uniwersytecie nawet na zakupno143 potrzebnych książek.