Ów pan Eastman rochesterski, król Kodaka, ów bogacz, o którym było wspomniane w poprzednim rozdziale...
Nie maż152 bodaj miasta większego na kuli ziemskiej, w którym by nie było sklepu Kodaka, nie maż bodaj takiego aparatu fotograficznego, który by za równie niską cenę był uzbrojony w tak precyzyjną konstrukcję, nie maż aparatu fotograficznego, który by równie łatwo było prowiantować153.
Czasy wszakże przyszły w Stanach Zjednoczonych gorsze. Dwa lata temu liczba sprzedanych w ciągu roku Kodaków spadła raptownie.
Biuro „emergency” zakładów pana Eastmana wydało decyzję...
Szlachetny bogacz z wielkopańskim gestem w okresie zamknięcia roku szkolnego ogłosił: „wszyscy uczniowie kończący w tym roku »high school«, otrzymają w darze aparat fotograficzny Kodaka razem z dwunastu kliszami”...
Innymi słowy, pan Eastman ofiarował czterysta do pięciuset tysięcy aparatów fotograficznych... Miliony kosztujący prezent. Uciecha szalona dla młodzieży...
Nie mniejsza uciecha dla biura „emergency”, biura sprawności wytwórczej, boć prosty rachunek wykazuje, że im więcej działa Kodaków, tym większy obrót, tym większa produkcja klisz i akcesoriów fotograficzno-kodakowych.
Kupiec, przemysłowiec amerykański stara się czym prędzej swój business dobyć z pieluch początkowości. Za to dobycie z pieluch uważa zamianę swego handlu, swego przedsiębiorstwa na towarzystwo akcyjne. Firma może nosić jego nazwisko, wszystkie akcje mogą stanowić jego osobistą własność, zarząd towarzystwa może się składać z kilku słomianych ludzi, z członków jego najbliższej rodziny — byle tylko odpowiedzialność była ujęta granicami towarzystwa akcyjnego.
Kupiec, przemysłowiec amerykański ogranicza w ten sposób własne ryzyko, rzuca na szalę fortunę czy część tej fortuny, ale z góry zabezpiecza sobie odwrót.
Dzięki temu, dzięki niesłychanej łatwości zakładania towarzystw akcyjnych, organizacja amerykańskiego handlu i przemysłu odznacza się śmiałością, może ryzykanctwem, może zbyt lekkomyślnym przyprawieniem innych o milionowe straty. Rozumie się bowiem samo przez się, że kupiec, że przemysłowiec staje się niejako administratorem swego własnego przedsiębiorstwa, że odpowiada jedynie majątkiem akcyjnego towarzystwa, że bankructwo jest bankructwem towarzystwa, a nie właściciela akcji. Liberalizm w tym kierunku idzie tak daleko, że stan Delaware, stan w porównaniu do innych ubogi, zrobił sobie istną specjalność z zatwierdzania stowarzyszeń akcyjnych. O ile, dajmy na to, stan Connecticut stawia korporacji akcyjnej trudności, żąda od niej pewnej gwarancji, żąda zabezpieczenia kapitałów, kandydaci do geszefciarskich akcji jadą sobie do Wilmingtonu, jadą sobie do Delaware. A tam byle opłaty wnieść — nie ma żadnych zastrzeżeń. Raz, dwa — wszystko podpisane, akcje na pergaminach wylitografowane, byle handel szedł, byle był zysk niby w słynnym Reno na rozwodach... Prawo o wzajemności towarzystwu zatwierdzonemu w jednym stanie pozwala działać we wszystkich innych.