W momencie, kiedy w podwoje Białego Domu po prezydencie demokratycznym wkracza prezydent republikański, w tym samym momencie niby ulęgłe owoce za podmuchem wiatru, spadają ze wszystkich urzędów, ze wszystkich bez wyjątku stanowisk wszyscy po kolei demokraci.
Kiedy republikański „mayor”, czyli prezydent miasta Chicago, sławetny Thompson został pobity na głowę przez demokratę Čermaka, w tym samym dniu Čermak otoczony stu detektywami, podpisał na pierwsze danie 2000 (dwa tysiące) dymisji republikańskich urzędników i funkcjonariuszy municypalności chicagowskiej... i bez prawa do emerytury!...
Z tym obyczajem partyjnym społeczeństwo amerykańskie od dawna się oswoiło.
Nikt się nie unosi czułostkowością, nikt się nie sroma19 tej maniery.
Stronnictwo zdobywające większość zagarnia urzędy wybieralne. Ci zaś, którzy je zdobywają, chcą mieć dokoła siebie swoich ludzi, ludzi swego stronnictwa. Co więcej, partyjnicy od swych triumfujących kandydatów żądają ekwiwalentu...
Z tej naturalnej może logiki rodzi się, nieznana gdzie indziej w brutalności swej, walka wyborcza. Tu nie idzie o żadne deklamacje poselskie, nikt sobie głowy nie suszy ideologią, jakimiś urojeniami czy obietnicami, tu krociom tysięcy idzie o byt, o utrzymanie, o jutro ich własnych rodzin.
Są w Ameryce ludzie trwający poza błędnym kołem tych tarć, patrzący dobra kraju, szukający podniosłych wskazań, nowych horyzontów, lecz wyborami trzęsą ci, dla których te wybory są upragnionym szczeblem, są omastą20 czy choćby tylko czerstwą kromką chleba.
Walka kosztuje, na walkę trzeba pieniędzy. Nawet stronnictwo trzymające w danej chwili władzę, a więc operujące posłusznym aparatem państwowym, nie śmie lekceważyć przeciwników, musi wykładać, musi łożyć na wybory.
Skądże czerpać pieniądze?
Partie mają składkowe fundusze, ale tego mało, tego zawsze za mało. A więc trzeba, żeby na wybory dawali ci, którzy na wyborach bezpośrednio skorzystają.