Inicjatywa tych hołdów rodzi się bez wątpienia w kolisku pewnej osiadłej w Ameryce narodowości. Prusacy zabiegają tam o spiż dla Humboldta, Niemcy kołaczą o Goethego i Schillera, Polacy chcą mieć nawet Chopina, Francuzi upominają się o Pasteura, Anglicy radzi by przenieść za Atlantyk cały swój Westminster, całe swoje Campo Santo odtworzyć.
Amerykanin chętnie folguje tym zamysłom, co ważniejsze, jeszcze chętniej łoży na te brązy i marmury, rad jest bodajby Homera, bodajby Cervantesa przyjąć do swego gwiaździstego obywatelstwa.
Dolar nie jest celem życia Amerykanina, ale jest niezawodnie tego życia podstawą, dokładniej dźwignią, instrumentem.
Przy żądzy zbogacenia się, pomnożenia dobytku, Amerykanin jest raczej rozrzutny. Goni za groszem, zdobywa go, ale nierównie łatwiej wydaje. Lubi się nim szczycić, lubi pokazać, lubi zaimponować, lubi go ciągle obliczać... Szanuje prawość charakteru, lecz rad jest wiedzieć zawsze, ile kto znaczy na liczbę dolarów... Nawet w lepszym towarzystwie przy zapoznawaniu dobrze jest szepnąć jednej lub drugiej stronie do ucha: „Wart jest sto tysięcy”. Pieniądze łatwo lgną do siebie. Ich rodowód za oceanem jest zawsze w porządku... skoro ktoś swobodnie po świecie chadza...
Amerykanin jest zresztą rozrzutny w dobrym tego słowa znaczeniu, bo jest ambitny, zaprawiony do solidarności. Ten „bliższy” patriotyzm skłania go nieraz do wielkich ofiar.
Ten „bliższy” patriotyzm nie pozwala mu znieść, żeby w jego osadzie, w jego powiecie czy w jego mieście miało być coś mniejsze, coś podlejsze niż w sąsiednim. Skoro urodził się w Pacanowie, trzeba, aby w Pacanowie nade wszystko przetrwało o nim wspomnienie, trzeba, aby Pacanów, nie tylko jego nazwiskiem się chlubił, ale i jego nazwiskiem się wzmógł, wypiękniał.
Amerykanin daje się ciągle dobrowolnie opodatkowywać. Łoży na instytucje, należy do kilku, niekiedy do kilkunastu stowarzyszeń i klubów. Na pierwszy zew sypie krociami, bo trzeba, aby Ameryka dała, ażeby się pokazała, trzeba, aby Detroit nie pozwoliło się ubiec Pittsburghowi. Daje każdy, każdy dać musi, każdy się musi przyłożyć, boć każdy jest Amerykaninem, boć idzie o wspólne dobro.
Ten sam zajadlec, zachłannik, który, jak było powiedziane, dla adwersarza nie zwykł mieć względów, ten sam chciwiec, w „businessie” nie mający skrupułów, ten sam chciwiec jest gotów rozrzewnić się nad rachitycznym sierotą, troszczyć się o opuszczonego w lepiance starca, słać mu na „Dzień Dziękczynienia” całą ucztę w prezencie lub swemu wczorajszemu przeciwnikowi, obranemu do nitki, wetknąć przyjacielską ręką zapomogę.
Ta szczodrobliwość, ta ofiarność amerykańska jest często z ambicji, często z pychy, często z pasji do przetrwania, do unieśmiertelnienia się, lecz z tych małych pobudek wielkie się tworzą dzieła, a toć dla społeczności najważniejsze. Oto wspaniałe uzdrowisko, cóż, że attyk jego razi nazwiskiem giełdowego szalbierza, skoro z tego uzdrowiska tyle samarytaństwa dla cierpiących, dla bezsilnych.
Pojęcie honoru Amerykanin w znacznej mierze traktuje na modłę tak plastycznie uwydatnionych scen obyczajowych noszących stempel kalifornijskiego Hollywoodu.