Jeżeli kto bytuje w pobliżu tych sadów, jeżeli kto sam do nich dociera, ten i w Ameryce może fruktami się uraczyć, znaleźć w maleńkiej jatce świeży kawałek mięsa...

Farmer jednak amerykański nie może przecież roić o zbieraniu owoców ponad własną potrzebę. Robotnik najtańszy się nie opłaci, owoc nie wróci robocizny ani transportu do miasta, ani koszyczka plecionego, nawet łubianej kobiałki. Tam, w mieście, trust włada, nie dopuszcza obcego towaru, zadławi straganiarza, który by się odważył z szeregu jego sprzedawców wyłamać.

A ponieważ te trusty nad trustami mają w ryzie całą uprawę ananasów na Wyspach Hawajskich i, co za tym idzie, przetwórnię ananasowych konserw, ponieważ te trusty trzymają w garści i lasy migdałowe, dziesiątki tysięcy hektarów sławetnych amerykańskich „peaches”, ponieważ te trusty wykupiły banany aż po Brazylię, ponieważ je tylko stać na sady ogrzewane, chronione, na utrzymywanie dwudziestu tysięcy jabłoni jednego gatunku, ponieważ bez nich nie może być ani soku morelowego, ani granatowego na rynku, ani konfitury w puszce, a więc i stąd także sponiewieranie wykwintu, finezji smakoszowskich upodobań.

Na dobitek, jak było wyłuszczone, brak służby domowej, drożyzna służby domowej, posiłkowanie się preparatami fabrycznymi, no i brak zamiłowania do gospodarstwa domowego, toć ciosy ostateczne...

Te braki, te usterki Amerykanie wynagradzają sobie wściekłym łakomstwem na cukierki, na słodycze, na oblizanki.

Lada jakie cukierki, czekolada przepalona, czarniawa, bardzo często już sztuczna, syntetyczna, zaprawiana sacharyną, aniliną, jak i w ogóle cały cukierniczy kunszt. Krom czekolady, jako główne podstawy słodyczy, orzechy i mięta. W trzydolarowym wspaniałym pudle oto błyszczące kawały nieco półksiężycowej formy... To grube, tłuste małpie orzechy, oblane jednym milimetrem czekolady, a te płaskie znów, szerokości ust, placuszki, to breje mięty z cukrem, powleczone również czekoladowym pokrowcem. Skromne smakołyki, byle słodycz się mazała, a czy poza nią przypomnienie eliksiru do zębów czy obrzask po zjełczałym tłuszczu, to już mniejsza. Niechby sobie buldegony różnorodne, chemicznie malowane, naperfumowane, byle tylko dużo, byle ciągle, byle „candies”, byle ich najwięcej!

W roku 1929 sprzedano w Stanach Zjednoczonych 1 382 243 387 funtów cukierków (nie licząc cukru czystego i cukru w innych przetworach), czyli o całe 119 milionów funtów więcej aniżeli w roku poprzednim, 1928!

Jedynym rarytasem amerykańskim, który stawi czoło cukierkom, jest ulubiony „ice cream” — więc lody, więc jednostkowe lub gromadne zamrażanie sobie wnętrz przy każdej zdarzonej sposobności i bez żadnej sposobności.

Amerykanin objada się lodami od świtu do świtu. Przed drugim śniadaniem, na drugie śniadanie, przed obiadem, przy obiedzie, nad wieczorem, przed teatrem, po teatrze, na zakąskę, na deser, w dni upalne i przy dwudziestu pięciu stopniach poniżej zera, byle jak najczęściej, byle „ice cream”, „ice cream”, „ice cream”. „Ice cream” wszędzie, „ice cream” zawsze.

Lodów jest mnóstwo rodzajów, gatunków, są oczywiście całe fabryki lodów, lody rozwożą potężne wehikuły ciężarowe, lody pędzą w specjalnych stalowych „pulmanach”, lody bywają różnokolorowe, podlewane sosami, przekładane konfiturami, zdobione kremami, wszystkie smakowite, z reguły chemiczne, z reguły na najświeższym kondensowanym mleku prosto od krowy.