Ogień na kominkach płonie coraz smętniej, coraz sztuczniej.
Przesądy idą do rupieciarni, a wraz z nimi za przesądy poczytywane tradycje.
Kult dla zmarłych, piękny kult przodków również przybiera chwilami skomplikowane w realizmie swym formy.
Umarł człek, lekarz strzepnął bezradnie rękoma, wyrok zapadł.
W kilkanaście minut zjawia się już „pogrzebowy”, najczęściej zawczasu uprzedzony przez lekarza (to warte bywa dolarów pięćdziesiąt) i taki, który zwykł już w tej rodzinie operować.
I w pół godziny ciepły, gorący nieboszczyk wyjeżdża z szybkością trzydziestu kilometrów na godzinę do zakładu pogrzebowego...
Tutaj następuje operacja, przygotowanie do wiecznego spoczynku...
A więc pogrzebowy otwiera truposzowi żyły na rękach, przyprawia ssący aparat i wyciąga z żył... wodę. Po dokonaniu tej operacji, wpompowuje do żył roztwór formaliny. Teraz dopiero zaczyna się toaleta nieboszczyka. Więc za pomocą natłukiwania młotkiem drewnianym wypędza mu z twarzy wszelkie konwulsyjne skurcze i grymasy, reguluje układ szczęk, zakłada metalowe ściskacze dla harmonijnego zwarcia ust i zemknięcia powiek, zawsze bacząc na dobycie pogodnego wyrazu oblicza i wygładzając starannie zmarszczki. W razie potrzeby goli, strzyże, czesze, myje, szoruje, maluje, zalepia jakoweś szwy operacyjne, szramy, a w ostatku za pomocą zastrzyków podskórnych stroi trupka w rumieńce. I dopiero ubranego według życzenia rodziny i tak zabezpieczonego przed fermentem, pachnącego niemal, wymanikiurowawanego, ładuje z powrotem do samochodowego furgonu i odstawia na drugi dzień do domu.
Tutaj układa się nieboszczyka najczęściej na kanapie, w pozycji możliwie swobodnej i pozwala go się odwiedzać.
Zawiadomień o śmierci, klepsydr, pompatycznych zaproszeń nie ma. Uprzedza się rodzinę i małe kółeczko najserdeczniejszych, zwykle przez telefon. Ci tylko osobiście zawiadomieni, zwłaszcza gdy chodzi o czysto amerykański, protestancki obyczaj, mają prawo wziąć udział w pogrzebie. Wszyscy inni poprzestają na odwiedzeniu zwłok, przesłaniu kondolencji.