Nieboszczyków z zasady nie wpuszcza się na wczasy do kościołów ani do kaplic. Nawet dla gruntownie spreparowanych, zabalsamowanych, choćby z kretesem zapeklowanych ciał miejsca tam nie ma. Świątynie nie są i nie mogą być trupiarniami, nie chcą być składami bakterii, schroniskiem dla ptomain.
Jedynie w razie zarządzenia pogrzebowego nabożeństwa, solenniejszego poświęcenia, jedynie w tym razie zmarły, zamknięty już w trumnie, dokładniej w pięknie wypikowanym, podłużnym pudle wyglądającym na powiększoną bombonierkę, może być wniesiony tuż przed rozpoczęciem ceremonii, lecz wyniesiony natychmiast po jej ukończeniu.
Jak to było wyłuszczone, nawet pod kościołami rzymskokatolickimi bywają sale na zebrania, na posiedzenia, niekiedy kapliczki, ale ani skrawka miejsca na tak niehigieniczny i niebezpieczny materiał, jak szczątki ludzkie i te choćby formaliną nadziewane, a więc na czas dłuższy zabezpieczone i niecuchnące.
Kondukt pogrzebowy to rozpędzony korowód, mający na przedzie furgon żałobny, a za nim kilka, kilkanaście czy kilkadziesiąt rwących co prędzej samochodów. Odległości bywają wielkie, a żywym pilno.
Na cmentarzu, o ile pogrzeb odbywa się czasu słot jesiennych lub zimowej zawieruchy, ponad rozwartą mogiłą rozpina się szeroki namiot, aby ostateczne pożegnanie w dogodnych odprawić warunkach.
W tym krótkim rzucie uderza niesłychana nigdzie rola przedsiębiorcy pogrzebowego, który zawsze gotów jest przysiąc, że w Stanach Zjednoczonych nie istnieją upiorne historie o budzących się w grobach, o przypadkach pozornej śmierci, o letargach. Każdy w Ameryce umiera zawsze... na dobre.
Pogrzebowy amerykański jednak inną budzi wątpliwość, inne budzi niepokoje... Czyli225 tylko niepokoje!
Medycyna, jak wiadomo, jest nauką tak potężną, czyniącą tak wielkie postępy, że do dnia dzisiejszego nie zawsze zdolna jest uniknąć pomyłek nawet w swych wyrokach śmierci... Stąd w Europie i nie w Europie owo nakazami i zwyczajami przestrzegane opóźnianie pogrzebów, odczekiwanie czasu przedrozkładowego, czuwanie przy zwłokach, stąd jakby usuwanie wątpliwości...
W Stanach Zjednoczonych takich wątpliwości ludzie mieć nie chcą. Lekarz zdecydował, skazaniec niechaj idzie bodaj na zarżnięcie. Wolej226 niech mu póki ciepły żyły wypompują, aniżeli miałby się ocknąć...
I tak bywa, i tak się zdarza. Rzekomy umrzyk w krytycznym momencie pogrzebowej operacji zwija się, pręży, niekiedy drga skrami życia niby węgorz na patelni... Kto go tam wie! Pogrzebowy ma dyplom. Zresztą jest już za późno, pompa oprawcy wyssie i krew czystą i zbełcze ją do niepoznania w rozczynie dezynfekujących kwasów.