W ogóle manipulacje pośmiertne w Ameryce są tak osobliwe, że w pierwszej chwili trudno je wyrozumieć, trudno je pogodzić z przepisami przez wyznania uświęconymi. Ale o tym nie ma dyskusji, nie ma różnicy zdań. Trzeźwość sanitarna, no i uproszczenie manipulacji to najgłówniejsze.

Jeżeli człek żywota dokonał w obcym mieście, w szpitalu, w hotelu, w miejscu niesposobnym na odbieranie wizyt, w takim razie korzysta z gościny u pogrzebowego. Właściciele takich zakładów mają urządzony odpowiedni salon. Jeżeli spotyka się kilku nieboszczyków naraz, to każdy z nich do salonu dociera w porządku kolejności. A przed paradowaniem w salonie spoczywa w piwnicy oziębionej, a niekiedy wyleguje się wprost na lodzie i często w domu pogrzebowego, w domu stanowiącym również jego własną rezydencję...

W wielkich miastach zakłady pogrzebowe utrzymują coś jakby w rodzaju cywilnych kaplic, wolnych od emblematów religijnych, a zdobnych w alegoryczne figury, znicze i stylowe siedzenia.

W niektórych stanach, mocno ku północy wysuniętych a skazanych na ostrą zimę, przedsiębiorstwa pogrzebowe miewają istne składy wszelkiego autoramentu nieboszczyków... w okresie, kiedy stwardniała skorupa ziemska udaremnia pracę grabarzom. Kto przeto nie posiada własnego grobu murowanego, ten już w końcu listopada w razie zgonu idzie sobie do lamusa pierwszego lepszego na pierwszej z brzega ulicy... I w tym lamusie czeka cierpliwie kwietnia, maja, aż go ze składu na cmentarz nie odstawią.

Pogrzebowy ma dyplom. Nikt sobie głowy nie zaprząta drobiazgiem, że tuż, w podziemiach domostwa stoją jedna na drugiej stosy już zajętych trumien i trumienek. Dezynfekcja jest pewna, więc jest wszystko.

Równie praktycznie załatwia się liczne przypadki pośmiertnych podróży.

Amerykanie rozpraszają się mocno po swym własnym kontynencie, przenoszą często z jednego stanu do drugiego, po śmierci natomiast lubią wracać do rodzinnych miejscowości, do swych osiedli dawnych. Stąd pośmiertnych peregrynacji bezliku.

Lecz jakże to proste, jak ułatwione.

Zmarłego trzeba oczywiście uprzednio wypompować i napompować. Ale to załatwia w okamgnieniu najbliższy „undertaker” i ładuje ciało do skrzynki, która w tym przypadku obowiązkowo nie może kształtem przypominać amerykańskiej trumny. Następuje telefoniczne zawiadomienie miejscowego urzędu i nieboszczyka odstawia się wozem na stację kolejową. Tutaj bez formalności kupuje się nieboszczykowi... bilet osobowy... Na podstawie tego biletu nieboszczyk zostaje umieszczony w wagonie bagażowym razem z dziesiątkami kufrów i tobołków, a często innych nieboszczyków, i podróżuje „ekspresami” z jednego krańca na drugi, tanio, wygodnie, bez plomb, bez pieczęci, bez świadectw lekarskich, bez mieszania się doń starostów, wojewodów, prefektów czy imperfektów.

Po przybyciu na miejsce zostaje wydany okazicielowi biletu, niby zwykły pasażer mija kontrole i jedzie sobie do zakładu pogrzebowego, który ma się zająć zorganizowaniem ostatniego z doczesnych spacerów.